Dawno nie pisałem i pewnie nikt mnie tu już nie pamięta. Ale choćby dla siebie napiszę:
Zepsuł mi się laptop kilka dni temu. Znaczy nie zepsuł, tylko się
zapętliła aktualizacja. Jak wiadomo, przy Windows 10 niespecjalnie ma
się wybór. A zatem zapętliła się tak, że nic nie pomagało. Poprosiłem żonę, żeby zawiozła laptopa do pobliskiego serwisu, jako że to moje
narzędzie pracy i nie bardzo mogę sobie pozwolić na czekanie na naprawę,
a nasz znajomy magik komputerowy jakoś się nie odezwał. Gość w serwisie
stwierdził, że w życiu nie widział, żeby się aktualizacja sama zapętliła
i powiedział, że może wgrać system na czysto (to jest z utratą
wszystkich zapisanych dokumentów) za 200 zł.
Sam w międzyczasie sprawdziłem w sieci i okazało się, że są setki wątków
na różnych forach na temat takiego między innymi zapętlenia tej i
różnych innych aktualizacji. Najczęstszym powodem był program
antywirusowy (nagle niekompatybilny choć wcześniej nie sprawiał
problemów). Ja go akurat nie miałem, ale to nie wyklucza innych
problemów. W każdym razie stwierdzenie faceta, że "w życiu nie widział"
i próby wmówienia nam, że ktoś musiał wyłączyć lapka w trakcie
aktualizacji (nie wyłączył) ewentualnie, że bateria musiała się
wyczerpać (był podłączony do gniazdka) upewniło mnie, że gość nie jest
szczególnie kumaty (w serwisie!), a czystą instalację to ja sam sobie
mogę przeprowadzić za darmo. I nawet nie o kasę chodzi, tylko z jakiej
racji mam dawać zarobić debilowi, który ewidentnie nie zna się na swojej
robocie?
To też w końcu zrobiłem, choć jestem przekonany, że był lepszy sposób.
Niestety, nie mam czasu na grzebanie się w BIOSIE, wypróbowywanie
różnych poleceń kodu, których wprawdzie nie rozumiem, ale od czego
kopiuj-wklej. Pewnie bym się w to bawił 20 lat temu, ale to nie Windows
98, nie mam też - jak wspomniałem - kilku dni czasu na eksperymenty. W
rezultacie nie straciłem muzyki, ebooków ani zdjęć bo mam to wszystko w
różnych chmurach, ale straciłem kilka filmów, które ostatnio ściągnąłem
(do odzyskania), trochę mniej lub bardziej ważnych dokumentów
(przepadły) i ustawień programowych które (jak myślałem) łatwo
przywrócić. Okazało się, że niezupełnie. I na każdym kroku szlag mnie
trafiał.
Po pierwsze sama instalacja. Przy którymś kroku dostaję opcję: a)
zainstaluj system i zachowaj swoje pliki b) zainstaluj system bez
zachowania plików. Wybieram naturalnie a) i czytam komunikat:
zainstalowanie systemu z zachowaniem plików jest niemożliwe. I wyrzuca
mnie na początek drogi (jakieś 4-5 kroków wstecz, nawet nie do
poprzedniego ekranu). A przecież sam system dawał opcje do wyboru, tak?
I nic, żadnej inteligentnej informacji dlaczego...
No nic, poszło. Wgrywam programy. Poczta. Używam Thunderbirda Mozilli od
wielu lat. Miałem dobrze ustawiony filtr spamu, własne foldery,
przekierowania i obsługę trzech adresów email: na onecie prywatny,
wirtualnej polsce służbowy i gmaila dla rejestracji różnych usług
Google. Otóż okazało się, że najnowsza wersja Thunderbirda (a nie mam
opcji ściągnięcia wcześniejszej) obsługuje subskrypcję folderów. W
międzyczasie bowiem, wzorem gmaila, którego i tak nie używam w
charakterze poczty, nasze portale wprowadziły tzw. "inteligentne
foldery," czyli rozdzielanie poczty na grupy dyskusyjne, powiadomienia,
społeczności i inne tego typu bzdury (każde własne pomysły). Czyli mniej
więcej to, co ja miałem na swoim Thunderbirdzie ustawione ręcznie, tyle
że moje było konkretnie dla mnie - oddzielny folder na pocztę służbową,
faktury, grupę, której jestem członkiem, itd. Teraz, poza normalnie
upierdliwym ustawieniem filtrów na nowo i nauczeniem programu, że nie
wszystko co on uważa za spam jest dla mnie spamem (chcę np. dostawać
reklamy ebooków z ulubionych portali a nie chcę reklam obuwia), zupełnie
nie mogę sobie poradzić z wyżej wymienionymi folderami, które odgórnie
sortują moją pocztę jak uważają za stosowne. I nie da się ich wyłączyć,
tylko muszę znaleźć takie ustawienia filtrów, żeby efekt końcowy był dla
mnie wygodny.
W międzyczasie, tak koło soboty, wirtualna polska w ogóle przestała
odbierać moją służbową pocztę. Wcześniej też bywały problemy, bo to są
automatyczne wiadomości, zawsze z tym samym nagłówkiem, po kilkadziesiąt
dziennie i zdarzało się, że automatycznie lądowały w spamie. Tym razem
jednak nie ma ich w żadnym folderze. Kolega sprawdził logi, wysyłane
były normalnie, ale do mnie nigdzie nie docierały. Uznaliśmy za
prawdopodobne, z uwagi na bliskość dat, że to ma związek z RODO.
Musiałem zmienić adres służbowy na gmaila.
Kolejna sprawa. Zanim jako tako ten system postawiłem, pościągałem i
poinstalowałem niezbędne mi programy, przesiadłem się chwilowo na laptop żony. I nowa niespodzianka. Dawno temu, przy okazji każdej przesiadki,
ręcznie musiałem kopiować zapisane linki, notować gdzieś hasła dostępu
(a do pracy potrzebuję około 50 takich linków i porównywalną liczbę
unikalnych haseł). Dlatego z radością przyjąłem zmianę polegającą na
możliwości utworzenia na Firefoksie, Chrome i innych przeglądarkach
własnego konta, które automatycznie przekazywało te rzeczy na każdy
komputer, czy tablet z którego korzystałem. Ale teraz (czego jestem
niemal pewien nie robiło wcześniej), zamiast wylogować żonę wyrzucając
jej linki i hasła a pokazując moje, system po prostu dodał moje do jej.
Muszę dodawać, że w przypadkowej kolejności? Żeby więc wrócić na swoje
urządzenie, musiałem najpierw (znowu ręcznie, jak za dawnych czasów)
wykasować swoje skróty i hasła z jej przeglądarki. W przeciwnym wypadku
ona musiałaby się przekopywać przez moje 150 linków do swoich
kilkunastu, a ja na swój laptop zaimplementowałbym również jej hasła.
No, skonać można!
Jeszcze z tego wszystkiego do końca nie wybrnąłem. Dodam, że powyższa
powieść opisuje tylko kilka poglądowych przykładów - mam tego na kopy z
niemal każdym programem. I nie tylko programem.
Mamy internet w Netii. Co kilka tygodni z obiecanych (i opłacanych
przecież) 5Mb robi się nagle poniżej 2. Nie mogę wtedy pracować, że nie
wspomnę o oglądaniu filmów, czy słuchaniu muzyki co, w zgodzie z modą
ostatnich czasów czynimy wszyscy w oparciu o internet. Zwykle w takich
sytuacjach pomagał telefon do Netii, krótki (mniej lub bardziej)
ping-pong w stylu: "Proszę zrestartować router" "Restartowaliśmy, nie
pomaga" "Proszę wyłączyć próbnie kilka urządzeń" "Zrobione" itd, oni coś
restartowali u siebie i działało. Wczoraj też zadziałało, niestety tylko
na kilka godzin. Po południu przy prędkości 1,2Mb nie mogłem otworzyć
nawet strony głównego forum, na którym pracuję. Po kolejnym telefonie,
zdecydowali się przysłać technika. Pół godziny później internet już było
powyżej 3Mb co mi w zasadzie wystarcza, ale pomyśleliśmy, niech przyjdzie.
Przyszedł. Dzisiaj. Nawet uprzejmie zapowiedział się telefonicznie (oni
świąt to nie mają?). Z tym, że to był technik z Orange, nie z Netii. On
miał sprawdzić fizyczne łącza, których nikt przecież co kilka tygodni
nie potrąca, ani pani z obsługi w Netii zdalnie kabli nie przekłada,
żeby działały znowu. Cóż miał ten chłopak zrobić? Pogadaliśmy chwilę i
poszedł. A skarżyć się znów nie ma na kogo ani do kogo bo przecież nawet
awanturę przez telefon mógłbym najwyżej zrobić tej pani, co odbiera i
przekazuje dalej. Kafka. Normalnie Kafka, już nawet nie Bareja.
O, jeszcze jeden kafkowski przykład mi się przypomniał. Opłacam też za
parę groszy miesięcznie tzw. internet zdalny w T-Mobile. Nie w telefonie
tylko na dinksie USB. Jak nam net siada, albo gdzieś na wyjeździe
podłączam i płacę za pobierane dane. Taki awaryjny układ, jak nam prąd
wyłączają (a bywa że często), to parę godzin pracy lapka na baterii i
dinksie mam, żeby zrobić najpilniejszą robotę. Po ostatniej awarii
komputera i internetu podłączam dinksa, a ten chce się aktualizować. Nie
może zrealizować połączenia z netem, bo jest nieaktualny. Ale nie może
pobrać aktualizacji, bo nie ma netu. Ale nie może być netu, bo jest
nieaktualny. Ale... No żesz!
Ostatnio zwyczajnie fioła dostaję. Żona mówi, że się do mnie odezwać nie
można, bo taki wściekły chodzę. A przypominam, że powyższe to tylko
wyciąg - żeby opisać wszystkie ostatnio przeżywane przygody musiałbym
siedzieć do kolacji.
Wszystko to frustruje mnie potwornie, bo odbiera mi poczucie
jakiejkolwiek kontroli. Mam wrażenie, że te różne korporacje, ich
"systemy" decydują za mnie o sprawach daleko bardziej dla mnie
istotnych, niż jakieś tam reklamy na podstawie źle chronionych danych
osobowych, o których wszyscy wrzeszczą z panice. Czuję się tak, jakbym
za chwilę miał rano wstać i zobaczyć, że w wiacie przed domem zamiast
niebieskiej Pandy stoi, dajmy na to, czerwony Matiz. Bo ktoś w jakimś
systemie uznał, że ten samochód będzie mi bardziej odpowiadał. A ja nie
mam nic do powiedzenia. Tak samo, jak w sprawie folderów w poczcie
internetowej, sposobu przenoszenia linków przez przeglądarkę, czy
wyglądu strony internetowej banku, z którego korzystam. To też ostatnio
zmieniono i wszyscy uważają to za normalne, nie słyszałem żeby się
ktokolwiek skarżył, a ja mam problem, bo poprzednia była dla mnie o
wiele wygodniejsza. Co najwyżej jakiś jeden z drugim niewydarzony
futurysta podnosi lament, że zagraża nam sztuczna inteligencja. Moim
zdaniem, to prędzej zagraża nam brak inteligencji, a przede wszystkim
brak wpływu na to, z czego korzystamy. Ciekawe, że jakoś nikt tego nie
zauważa...
Uff!
I tak
mnóstwo pominąłem. Na przykład coś, o czym pisałem parę tygodni temu na
Facebooku - sposobie sortowania muzyki. Teraz mogę sobie niby te
wszystkie utwory zgrać na lapka z powrotem (i nawet po ściągnięciu
jednego z programów zaczęło się to automatycznie, co spowalniało mi
dodatkowo net, a o czym nie wiedziałem i męczyłem się przez kilka
godzin), ale robi to w drzewku. Tzn folder wykonawcy, tam folder albumu,
w albumie dopiero jedna czy dwie piosenki. I jak z tego wyłuskać jakąś
listę, którą sobie chciałbym ułożyć bez przeklikiwania się przez
dziesiątki folderów? Zresztą z ebookami jest to samo.
Cała sprawa nie dotyczy zresztą wyłącznie rzeczywistości wirtualnej. Na codzień przeszkadza mi też na przykład hałas. Mieszkam w małej, podwarszawskiej miejscowości, typowej sypialni. Z tym, że pracuję w domu więc jestem na miejscu praktycznie przez całą dobę. I niemal codziennie czuję się jak na placu budowy.
Za oknem mam taras i ogród, a posiedzieć tam, nawet w weekend, nie zawsze można. Pomijam fakt, że w okolicy sporo się buduje (choć nie zawsze powinno), ale w modę weszły ostatnio dziesiątki hałaśliwych urządzeń. Kiedyś, wiadomo, hałasowały kosiarki. I czasem piły bo w ogrodzie nie każdy potrafi siekierą pomachać a i drewno na zimę czasem trzeba porąbać. Ale to raz na jakiś czas, nawet jeśli sąsiadów dużo. Ale teraz? Sekatory elektryczne, nożyce spalinowe, dmuchawy do liści, myjki ciśnieniowe, odkurzacze samochodowe... no ludzie! Od trzech lat nie mam dokąd uciec nie tylko w ogrodzie, ale i w mieszkaniu, bo okna mam wszystkie nieszczęśliwie na jedną stronę.
A nad czym dyskutują sąsiedzi na grupie facebookowej? Nad zanieczyszczeniem powietrza. I to, broń Boże, nie od samochodów, których na każdej posesji stoi co najmniej dwa (nie licząc tego, co w garażu), a w normalny dzień o dowolnej porze przejść się nie da, żeby co najmniej cztery mnie nie minęły (i to bynajmniej nie w centrum, a na bocznych uliczkach). Nie, smog powoduje palenie w kominkach! Dowód? Bo smog bywa głównie jesienią i zimą... No, ręce opadają! Hałasu nikt nie zauważa, nikomu nie przeszkadza? Nikt nie lubi posiedzieć po południu (albo i rano, skoro w okolicznych sklepach i na ulicach tłumy w dni powszednie od 9:00 rano?) w ogródku i posłuchać ptaków, zamiast kolejnej krajzegi?
W tej sytuacji chyba z radością powitałbym jakąś
sztuczną inteligencję, pod warunkiem, że byłaby rzeczywiście inteligentna.
Może ona poradziłaby sobie z konkretnymi problemami, zamiast bić pianę o modnych "zagrożeniach." Może zauważyłaby, że jesteśmy już teraz, a nie w przyszłości, pozbawiani decyzyjności w najprostszych i dość fundamentalnych sprawach. I tak, wiem, że to problemy inteligenta z klasy średniej. Nie wspominam o problemach "zwykłych ludzi" bo ostatnio jakoś się chyba nie utożsamiam...Nie pytajcie dlaczego. To temat na innego posta, którego pewnie nawet nie napiszę. Po co? Przecież dziś każdy wie swoje. To znaczy wie ze swojej gazety, czy stacji telewizyjnej. Halo, czy ktoś tu jeszcze myśli?
czwartek, 31 maja 2018
sobota, 23 sierpnia 2014
wtorek, 30 kwietnia 2013
Ideologia gender
Zacznijmy od tego, że poza przekazem katolickim nigdzie się z tym terminem nie spotkałem. Nie znalazłem żadnego manifestu, programu czy choćby grupy wyznającej ową, tak ponoć modną, ideologię. Wiem tylko, że gender to dziedzina nauki, z pogranicza bodaj psychologii i socjologii, zajmująca się społeczną rolą płci w zachodniej kulturze.
Jeśli cokolwiek postulują specjaliści tejże nauki, to jest to zmniejszenie stereotypizacji w wychowaniu człowieka od najmłodszych lat. Pokazanie, że nie każdy chłopiec lubuje się wyłącznie w samochodzikach i pistoletach, a nie każda dziewczynka interesuje się lalkami i chce mieć długie włosy. Większość z pewnością tak, ale psychologom chodzi raczej o podążanie za potrzebami dzieci w tej dziedzinie, niż ich usilne apriori kształtowanie.
Czy są to dobre postulaty, tego nie wiem, jako że psychologia jest mi raczej obcą dziedziną. Ale nie jest to żadne czary-mary i z całą pewnością nie ma nic wspólnego z bredniami, jakie na ten temat ostatnio wysłuchuję od różnych księży.
To, że "każdy może sobie wybrać, czy jest mężczyzną, czy kobietą," to wierutna bzdura i nikt rozsądny czegoś takiego nie powtarza. Taki problem dotyczy może kilku osób na każde 100.000 ludzi, czyli jakiegoś ułamka procenta. Są to ludzie z zaburzeniami tożsamości płciowej (to także termin psychologiczny). Pozostała, znakomita większość społeczeństwa, nawet postawiona przed takim wyborem już w bardzo wczesnym dzieciństwie wątpliwości tutaj nie ma. I mieć nie będzie, cokolwiek by na ten temat sądzili eksperci w sutannach.
Owszem, są bzdury i z drugiej strony, tego nie neguję. Podobnie jak rasowa poprawność polityczna tak i usiłowanie zniesienia dyskryminacji na tle orientacji lub tożsamości płciowej, niesie czasem ze sobą absurdy. Takim absurdem jest dla mnie na przykład postulat nazywania ojca i matki rodzicem 1 i rodzicem 2. To akurat po to, aby nie urazić rodziców homoseksualnych.
Ja już kiedyś pisałem, że homoseksualne jest jakieś 7% populacji. Załóżmy, że większość z tej grupy jest w stałych związkach, to daje powiedzmy 6% ogólnej populacji. Załóżmy dalej (co jest chyba już sporym nadużyciem, ale ja nie jestem socjologiem), że większość z tych związków wychowuje dzieci. To takich dzieci, które faktycznie potrzebują w dokumentach niepodkreślania płci rodziców jest może 5% wszystkich. I nie rozumiem, dlaczego z tego powodu pozostałe 95% dzieci musi się temu podporządkować. To nie można stworzyć oddzielnego wzoru dokumentu dla tych, którzy tego potrzebują? Bo co, biurokracja się zawali?
Inny przykład: wyrzucić z podręczników i lektur dla najmłodszych określenia mama i tata jako tworzących rodzinę. A po co? Czy coś to zmienia? Aby pokazać, jak bardzo w tym momencie nie doceniamy prostoty i naturalności dzieci, przytoczę anegdotkę, którą przeczytałem kiedyś na Facebooku. W tłumaczeniu brzmiała mniej więcej tak:
"Jako że mój brat jest homoseksualistą, stanąłem przed niewyobrażalnie trudnym i przerażającym zadaniem przekazania mojej pięcioletniej córce prawdy na temat homoseksualizmu. Spytała mnie bowiem: "Tato, czemu wujek Ralph jak do nas przychodzi, to trzyma za rękę wujka Paula?" Zebrałem się w sobie i odpowiedziałem. "Bo wiesz, oni są zakochani." Córka popatrzyła na mnie badawczo. "Tak jak ty i mama?" spytała. "Tak," odparłem z drżeniem. "Acha," ona na to. "A mogę dostać ciastko?"
Są w naszym społeczeństwie (używam tego terminu szeroko - w znaczeniu dzisiejszej zachodniej cywilizacji, a nie konkretnie państwa polskiego) przedziwne trendy. Przewrażliwienie na temat poprawności politycznej jest jednym z nich. Podobnie, jak nieznane jeszcze szerzej nad Wisłą zjawisko "odwrotnego rasizmu," polegające między innymi na tym, że można wyrażać dumę ze swoich korzeni etnicznych będąc latynosem, murzynem czy indianinem, ale już nie białym człowiekiem. Albo skutek parytetów rasowych, kiedy ludziom o kolorowej skórze łatwiej jest dostać się do prestiżowej szkoły, niż białemu o identycznych osiągnięciach.
Osobiście jednak, wolę świat z takimi absurdami, niż ideologią Ku-Klux-Klanu. Sądzę, że jest to chwilowe wychylenia wahadła w drugą stronę, może konieczne błędy w rozwoju, ale doceniam, że ten rozwój idzie w dobrym kierunku. W dodatku całkiem zgodnym z Nowym Testamentem, który uczy, że "Bóg nie ma względu na osoby" i że wszyscy jesteśmy przed Nim równi.
Tymczasem u nas Kościół głosi coś przedziwnego. Właśnie w ostatnią niedzielę, w mojej parafii, usłyszałem kazanie na temat tu omawiany. W kontekście aktualnego wersu z Ewangelii: "Abyście się wzajemnie miłowali tak, jak ja was umiłowałem"... Jednym tchem ksiądz od ołtarza zachwycał się tą miłością i kpił z osób o odmiennej orientacji i zaburzeniach tożsamości płciowej powtarzając, że nie na tym polega ta miłość.
Że co, przepraszam? Miłość nie polega na akceptowaniu (celowo nie używam tu słowa tolerancja, zachowam je na koniec tej notki) bliźniego niezależnie od jego rasy, wyznania, poglądów i orientacji? Nie polega na noszeniu jego krzyża i służeniu mu? Czy też może taki "zaburzony" nie jest moim bliźnim?
Na czym więc ta chrześcijańska miłość polega? Na mieszaniu z błotem, obrażaniu i ośmieszaniu ludzi? Taką miłość poczuła niedawno pani Agnieszka Ziółkowska w imieniu wszystkich osób poczętych in vitro. Jakoś rozumiem jej reakcję, i zaczynam ją podzielać. Ten Kościół już przestaje być moim Kościołem. Nie potrafię dłużej identyfikować się z instytucją głoszącą tak wielką hipokryzję.
Słyszę bowiem, jak to "określone środowiska," "dzisiejszy świat," "manipulujące człowiekiem media" powtarzają oszczerstwa przeciw Kościołowi i jak to prawdziwy chrześcijanin nie powinien ulegać takim ideologiom "cywilizacji śmierci". Że nie powinniśmi bezmyślnie podążać za modą. I znowu tym samym tchem ksiądz opowiada własne ideologie, tworzy własną, kościelną modę (widoczną choćby w powyższych sformułowaniach) i sprzedaje podobne bzdury tyle, że z drugiej strony barykady.
Do aluzji politycznych dotąd w swojej parafii miałem szczęście. Nie było ich. Ot, czasem coś się proboszczowi wyrwało, ale to najwyżej w paru zdaniach i szybko wtedy zmieniał temat. Dotąd kazania były na temat Ewangelii i nauki życia chrześcijańskiego. Teraz nie wiem, czy się proboszcz zmienił, czy wytyczne biskupów (bo to wcale nie nowi, młodzi księża tak zaczynają), ale takich dyrdymałów dla katolickich lemingów jest coraz więcej. I tu się kończy powoli moja tolerancja. Bo nie o argumenty chodzi. Nie o to, czy Kościół broni słusznej, czy niesłusznej sprawy. Ale o to, że włazi z butami w to samo błoto, które piętnuje. Obraża, wyśmiewa i powtarza ignoranckie, zasłyszane wcześniej pojęcia, których nawet do końca nie rozumie.
wtorek, 16 kwietnia 2013
Kościół dla ubogich
Dawno nie pisałem, ale mam nadzieję, że jeszcze ktoś mnie czyta. Nie znaczy to, że nie przeżywałem abdykacji Benedykta, że nie zachwycam się - jak wszyscy - papieżem Franciszkiem. Po prostu nie miałem nic do powiedzenia. Jako sceptyk, a może i cynik, czekałem na coś konkretnego.Konkretem okazała się reakcja niektórych naszych kościelnych hierarchów na pierwsze i na razie chyba podstawowe przesłanie nowego papieża. A mianowicie ględzenie o ewangelizacji jako podstawowej roli Kościoła, transcendentym i w ogóle najlepiej wyłącznie metaforycznym rozumieniu ubóstwa i ubogich, itd.
Ostatnimi czasy do ubogich nie należę. I odkąd nie należę, staram się pomagać innym w miarę możliwości. Ale wiele lat życia spędziłem w strachu o to, czym następnego dnia nakarmię siebie i swoje dziecko. Wiem, co to jest ubóstwo choć nie do końca. Bezdomność znam raczej z młodzieńczych przygód, niż autentycznej walki o przetrwanie i tu zapewne nie wystarcza mi nawet wyobraźni. Ale szacunek mam.
Powiem wam, z czym mnie się kojarzy Kościół ubogi i dla ubogich. Nie z czarnymi butami papieża i brakiem tiary czy pelerynki. Kojarzy mi się z sytuacją, w której osoba choćby taka jak na zdjęciu, często wysiadująca pod kościołem przed mszami i nabożeństwami, po skończonej liturgii jest witana przez księdza i prowadzona na plebanię na obiad. Proszę mi nie zawracać głowy wielkimi programami "nowej ewangelizacji," sympozjami liderów chrześcijańskich, tweeterem w wykonaniu biskupów i tym podobne. Proszę mi pokazać, jak ludzie Chrystusa naśladują Go w karmieniu ubogich, pojeniu spragnionych i przyodziewaniu nagich. Nie tylko delegują do tego siostry, najlepiej jeszcze egzotyczne, na końcu świata od Matki Teresy.
Jak powiedziałem, wiele lat życia spędziłem w ubóstwie. Nie tak skrajnym, to prawda, ale też przez to nie tak rzucającym się w oczy. Poza wąskim kręgiem znajomych o moim ubóstwie nie wiedział nikt. Żaden ksiądz też nie. Ale też i żaden się nie zainteresował. Po kolędzie przyszedł, głową i "spryskiwaczem" pokiwał, kopertę wziął i nawet nie upomniał, że na mszę nie chodzę bo nie miał o tym pojęcia. A skąd miałby mieć? Czy w ogóle kiedykolwiek usiłował poznać kto w tym bezimiennym tłumie stoi? Może poza kilkoma najaktywniejszymi parafianami, paroma osobami co ostatnio zamawiały msze, jednym czy drugim krnąbrnym gimnazjalistą nikogo przecież nie zna.
Wiecie, co najbardziej jak dotąd ujęło mnie w gestach papieża Franciszka? Nie jego buona sera, nie żelazny krzyżyk, nawet nie podróż autobusem czy śniadania w hotelowej stołówce. Ale jego wyjście przed drzwi kościoła po którejś z pierwszych mszy i rozmowy z parafianami. Z konieczności krótkie (bo każdy chciał) i sterowane przez ochronę (bo w końcu nic nie wiadomo), ale jednak. Takie sceny widywałem dotąd wyłącznie w amerykańskich serialach z pastorem a nie księdzem w roli głównej.
Uświadomiłem sobie po uczestnictwie w pewnej wspólnotowej liturgii, gdzie ksiądz od ołtarza zawołał po rozesłaniu jakąś Magdę, czy Łukasza do zakrystii, że tego mi strasznie brakuje. Księdza, który znałby mnie po imieniu, który wyciągnąłby do mnie rękę na przywitanie. I brakuje mi świadomości, że gdyby wszystko inne zawiodło, to zawsze mógłbym pójść, czy chociaż dziecko posłać na plebanię na miskę ciepłej zupy.
Owszem, ewangelizować trzeba. Ale czemu nikt księżom w seminarium nie wtłacza do głowy, że najlepiej ewnagelizuje się - tak jak w ogóle wychowuje - własnym przykładem? Niestety, do tego nie wystarczy świetlany przykład jednego papieża, choć wciąż mam nadzieję, że on coś zmieni. Zmieni proboszczów i wikarych, a może nawet kiedyś i biskupów? Zmieni patrzenie na kościoły jak na budynki w których tylko odprawia się kadzidlane liturgie i na plebanie jak zamki warowne o biskupich rezydencjach milcząc już miłosiernie. Niech one będą miejscem, w którym można spotkać przyjaciela, człowieka, który pomoże, wysłucha, a nie tylko oceni, kasę weźmie i papierek podpisze.
Zróbmy to, proszę księdza. Wywieśmy na drzwiach nie tylko godziny otwarcia kancelarii parafialnej, ale też godziny spotkań każdego księdza, godziny otwarcia salki na świetlicę, jadłospis dla potrzebujących, plan zajęć dla dzieci... cokolwiek. Otwórzmy plebanie i zaprośmy ludzi. Tych "braci Moich najmniejszych," którym mamy służyć. Jestem pewien, że przyjdą, jeśli tylko poczują się naprawdę zaproszeni.
Nie mówię, że mamy od razu zamieniać kościoły w noclegownie. Papież, mam wrażenie, też tego nie powiedział. On tylko pokazał, że własne świadectwo jest mocniejsze niż najpiękniejsze słowa. Ot, taka stara prawda.
niedziela, 10 marca 2013
Współcześni faryzeusze
Już dawno miałem tę notkę napisać, ale powiem wam, że abdykacja papieża wytrąciła mnie z równowagi. Nie będę o tym pisał, nie wiedziałbym co napisać. "Duch wieje, kędy chce," to chyba jedyna refleksja na jaką mnie stać. Znamienitsze ode mnie pióra przekazały już na ten temat chyba wszystko, co można było, zobaczymy co jest za następnym zakrętem.
A temat faryzeuszy do mnie powraca ostatnio w wielu publikacjach, które czytam, w prywatnych rozmowach i homiliach najprzeróżniejszych i chciałem podzielić się refleksją. Bo tak, wszyscy wiemy, że faryzeusze to ci czyści, bogobojni, spełniający wszystkie pobożne uczynki i w ogóle porządni ludzie. A jednak to z nimi Jezus toczył największe spory. Nie z grzesznikami, łajdakami, złodziejami i kobietami lekkich obyczajów, a właśnie z tymi wzorami cnot wszelakich. I nie dlatego przecież je toczył, żeby ich nawracać na chrześcijaństwo. Znaczy dlatego, ale nie w takim znaczeniu jak dziś często się skrótowo przedstawia.
W dyskusjach z faryzeuszami nie chodziło przecież o to, że oni wyznawali judaizm, tylko jak go wyznawali. Dlatego widzę dzisiaj we współczesnym Kościele taką powtórkę z historii. Nawet nie wśród kleru, bo podział nie przebiega tu po linii święceń, ale w ogóle wśród wierzących. To postawa z którą sam wielokrotnie w tym blogu polemizowałem: przekonanie, że będąc praktykującym, konserwatywnym katolikiem, mam pełne prawo do zbawienia i w dodatku mam jeszcze moralny (wręcz ewangeliczny) obowiązek pouczać innych o tym, co jest grzechem i co robią źle.
Uczciwie przyznam, że zamierzałem sobie troszeczkę po tych postawach "pojechać," wypunktować co ja uważam za ich grzech i błąd. Ale o wiele lepiej zrobił to już za mnie ojciec Kramer w swoim świetnym wpisie Zgred. A w dodatku w dzisiejszej Ewangelii to nie historia syna marnotrawnego do mnie najmocniej dotarła, ale właśnie odpowiedź Ojca do starszego syna: "Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy."
Zarówno z opowieści znajomych jak i z internetu i własnego życia znam paru takich właśnie "zgredów." Tych, którzy uważają, że sami żyją pobożnie i dobrze więc ja im nie podskoczę. No, to nie będę podskakiwał. Nie raz tu pisałem, że ja z tych, co wolą na Boże miłosierdzie liczyć, bo Jego sprawiedliwość by mnie zgubiła. Jestem świadomy swojego grzechu. Często nawet boleśnie świadomy. A z krytyki chwilowo zrezygnuję. Bo oni przecież faktycznie są przy Nim i wszystko do nich należy. Jeśli rzeczywiście są tak mocni, na jakich wyglądają, to dobrze. Naprawdę: chwała im za to. Dla mnie są starszymi braćmi, z których chciałbym brać przykład. Nawet, jeśli bywają nieznośni w swojej pewności siebie, czy wręcz arogancji.
W mojej parafii rozpoczęły się dziś rekolekcje. Dużo będzie do przemyślenia. Na razie, z pierwszej nauki przytoczę wam tylko ciekawą anegdotkę, jaką nam opowiedział ksiądz, a która chyba dobrze mnie podsumowuje.
Otóż, był sobie pewien bardzo srogi bosman, który codziennie rano i wieczorem gorliwie się modlił. Nie ukrywał, że jest człowiekiem wierzącym i modlącym się. Ale był to bardzo twardy człowiek, niemal okrutny dla swoich podwładnych. Trzymał ich żelazną ręką, klął na nich jak szewc i pomiatał straszliwie. Pewnego razu, jeden z młodszych marynarzy odważył się zadać mu pytanie: "Panie bosmanie, jak pan to godzi? Mówi pan że wierzy, że się modli, a potem bluzga na nas straszliwie całymi dniami?" Bosman spojrzał na niego ostro i huknął: "Młody! A ty masz pojęcie co by się na tej łajbie działo, gdybym ja się nie modlił?!"
czwartek, 7 lutego 2013
Drogi do Boga
Jeszcze na fali dyskusji o tęczowych związkach, nazywaniu grzechu po imieniu i całym tym jazgocie. Kiedyś, chyba jakiś mądry ksiądz powiedział mi tak: "Stary, nie ma cudów, są tylko dwie drogi do zbawienia - albo przez sprawiedliwość, albo miłosierdzie." ** Cóż, ja tam na sprawiedliwość jestem za chudy, toteż zdecydowanie optuję za miłosierdziem. Coś w tym chyba jest, skoro Jezus powiedział:
Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników. (M 2,17)Powiedział również:
Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. (Mt 7,1-2)
Staram się nie sądzić. Czasem mi nie wychodzi, jak każdemu, ale naprawdę się staram. I w pewnym sensie podziwiam odwagę i wiarę tych praworządnych katolików, którzy z ogromną pewnością siebie wydają sądy o tym, co jest grzechem a co nie, decydują jaka miłość jest prawdziwa a jaka egoistyczna, znają serca i motywy ludzi innych niż oni. Podziwiam, bo sam nie miałbym odwagi tak wyrokować.
Próbuję czasami na jednym czy drugim forum wdawać się w dyskusje, chciałbym zrozumieć poglądy tych ludzi, może dociec co leży u źródeł takiego autorytatywnego moralizatorstwa. Może to jakieś zmęczenie relatywizmem dzisiejszego świata? Chęć poukładania wszystkiego w jakieś szufladki, żeby ta wielokolorowa plama współczesnej cywilizacji zyskała jakieś wyraźnie kontury, czerń i biel, konkretny kierunek?
Mam jednak wrażenie, że tak było jeszcze kilka lat temu. Podobne poglądy głosili ludzie, którzy wydawali mi się pogubieni, poszukujący jakichś jednoznacznych autorytetów i przejmujący ich ogólny ton. Dzisiaj już nawet tego nie widzę. Widzę natomiast - a właściwie głównie czytam - powtarzane w kółko i bez większego zrozumienia wciąż te same frazesy. Dlaczego sądzę, że bez zrozumienia? Otóż bywa, że ktoś przyczepi się do mojego - faktycznie czasem sarkastycznego - tonu wypowiedzi, kompletnie ignorując meritum sprawy i nawet nie zauważając postawionego pytania. Innym razem komuś w trakcie dyskusji o związkach partnerskich nagle przypomną się argumenty używane zwykle z okazji przeciwko in vitro... I klepie tak jeden z drugim a na najprostsze pytania odpowiedzieć nie potrafi.
Ja w tej chwili tak już jestem obyty z tymi farmazonami, że gotów byłbym zagrać w grę: rzuć hasło, a ja powiem Ci przeciwko czemu to argument. Nie wierzycie? Proszę bardzo: Prawo naturalne - homo (ewentualnie trans) seksualizm. Komercja - aktualnie Walentynki (wcześniej Boże Narodzenie). Wyręczanie państwa - Owsiak. New Age - Harry Potter. Uprzedmiotowienie dziecka - in vitro. Uprzedmiotowienie partnera - związki partnerskie. Niczym teleturniej "Jaka to melodia" - wystarczy mi jedna nutka. I co, nie mam racji?
Nie wspomnę już o tym, że wystarczy poczytać przez chwilę jeden katolicki portal - a już zna się te wszystkie argumenty. I one wszędzie są powtarzane do znudzenia. Żeby było ciekawiej, różnicy nie robi nawet cytowanie autorytetów kościelnych, które czasami nie są wcale tak jednoznaczne. Nieważne. Fakty też nieważne. Jeśli fakty się nie zgadzają z moją opinią, tym gorzej dla faktów.
To już nie jest zagubienie i próba przylgnięcia do czegoś, co jest trwałe, niezmienne i jednoznaczne. Ta zaprawa już stwardniała i teraz, mili moi, to już jest beton. Czasem chamski niczym w telewizji (a tak), czasem przybrany pewną kulturą, ale jednakowo mocny i nie do skruszenia.
Taka jest moim zdaniem twarz współczesnego faryzeizmu. Ale o tym chciałem napisać oddzielną notkę. Tę zakończę pocieszeniem, że nie jest to jedyna twarz Kościoła Katolickiego. Może ostatnio najczęściej widziana i słyszana, ale nie jedyna. Kościół jest różnorodny i Bogu niech będzie za to chwała. Chór, w którym wszyscy śpiewaliby jednym głosem brzmiałby może i potężnie, ale nudno. Dlatego dobrze, że obok tego betonu jest też miejsce dla takich relatywistyczno-hedonistycznych anarchistów jak wasz niżej podpisany.
**
Pojęcia nie mam, skąd wyjąłem to zdanie. Usłyszałem, przeczytałem, a być może nawet sam je kiedyś wymyśliłem. Ale nawet jeśli tak, to sami przyznacie, że nie jest głupie.
sobota, 2 lutego 2013
Męska wiara
Kolejny modny ostatnio temat. Może ja akurat nie powinienem się na niego wypowiadać... Uważam, że męska wiara nie różni się wcale tak bardzo od kobiecej ponieważ obie są po prostu ludzkie. Bo przede wszystkim jesteśmy ludźmi a dopiero potem kobietami i mężczyznami. Ale temat mnie atakuje, a że również bywam zafascynowany (choć nie do końca się we wszystkim zgadzam) ideami Johna Eldredge'a, to podejmę polemikę.
Nurtem przewodnim wydaje się pytanie, czemu w Kościele jest tak mało mężczyzn. Dla mnie odpowiedź akurat jest prosta. Ponieważ większość wierzących mężczyzn zostaje księżmi. Gdybyśmy mieli kapłaństwo kobiet, proporcje byłyby zapewne odwrotne. I tyle. Większej filozofii to ja w tym nie widzę.
Na fali tego modnego tematu odkryłem na FB portal Banita. Na początku dawał nadzieję, że będzie to coś ciekawego. Osobiście liczyłem na jakieś ciekawe świadectwa, mądre artykuły, nawiązania do książki wspomnianego autora "Piękny Banita." Cóż, póki co okazuje się, że niestety. Jak większość tego typu fejsbukowych stronek, ogranicza się do publikowania ckliwych obrazków z równie ckliwymi tekstami - tyle, że w konwencji rymcymcerskiej. A ponieważ u samego Eldredge'a razi mnie jego kowbojskość, to sama otoczka tutaj też nie wzbudza mojego entuzjazmu. Prawda jest taka, że większość "tęsknot męskiej duszy," jak brzmi podtytuł sztandarowej pozycji Eldredge'a "Dzikie serce," to ja miałem w wieku 10 lat. Dzisiaj, w wieku 40-tu mam trochę inne. Ale, może ja nie jestem typowy.
Gdybym miał się uprzeć i jednak scharakteryzować jakoś tę męską wiarę to, po odrzuceniu otoczki zostałoby mi... działanie. A raczej współdziałanie. Nie wykluczające emocji czy kontemplacji, ale może ciut bardziej praktyczne. Oto moje doświadczenie wiary:
Całe dorosłe życie facet uczy się przyjmować odpowiedzialność za innych. Za żonę, dzieci, uczniów w szkole (ja byłem nauczycielem), współpracowników, itd. Może dlatego, że mój syn jest wciąż jeszcze za młody, ja nigdy nie miałem rodzeństwa a w dodatku jestem zdeklarowanym samotnikiem, zawsze gdzieś podświadomie brakowało mi współpracy. Takiej opartej na męskim zaufaniu i przyjaźni. Takiej, gdzie mógłbym powiedzieć komuś "zrób to," i nie oglądać się, czy on to zrobi ani nie musieć sprawdzać wyników.
Myślę, że dlatego tak naprawdę wielu z nas lubi filmy akcji, wojenne lub policyjne epopeje. Nie tylko ze względu na samotne bohaterstwo twardzieli, którzy imponują. Ale właśnie dlatego, że w tych klimatach często jest drużyna: jeden ufa drugiemu, każdy może polegać na towarzyszach nawet własnym życiem. Jak gliny w akcji: ja idę pierwszy, ale wiem, że partner mnie ubezpiecza. No, takiego partnera właśnie potrzebuję w Jezusie. I on takim partnerem jest i potrafi być, jak nikt inny. Dla mnie to właśnie jest sedno tej całej męskiej wiary. Bez potrzeby pobrzękiwania szabelką czy wywijania lassem, ale w codziennym życiu, niekoniecznie w akompaniamencie fajerwerków i wybuchających samochodów.
Wczoraj, po szczególnie aktywnym dniu, wypełnionym właśnie nie okrzykami wojennymi ale mnóstwem spraw do załatwienia, potrzebą działania i opiekowania się innymi nie mogłem zasnąć. Przez głowę przelatywały mi dziesiątki, jeśli nie setki scenariuszy kolejnych wydarzeń, zastanawiania się co należy jeszcze zrobić, co mogłem zrobić inaczej, jak rozwiązać ten lub inny problem, itd. Zazwyczaj w modlitwie "oddawanie spraw" Bogu było dla mnie jakąś rutynową mantrą. Czymś, co powtarzałem właściwie automatycznie, bez głębszego zastanowienia. Ot tak, bo przecież na tym polega wiara.
I właśnie wczoraj, pewnie pod wpływem świeżej lektury "Pięknego Banity," usiadłem w łóżku i zacząłem się naprawdę modlić. Po kolei oddawać te wszystkie sprawy, którymi się tak martwiłem. Tym razem nie machinalnie ale tak, jakbym dzielił się zadaniami z przyjacielem. Mówiłem: "dobra, to trzeba rozwiązać. To ja zrobię tak i tak, a Ty załatw resztę, OK?" OK. Wierzcie mi. Z każdą kolejną sprawą czułem jak ciężar stresu na moich ramionach maleje a ja się odprężałem. Trwało to może z pół godziny bo spraw faktycznie nagromadziło się sporo. Ale kiedy już przekazałem naprawdę wszystko, położyłem się z powrotem i zasnąłem jak niemowlak. A dziś obudziłem się wypoczęty, jak dawno już nie pamiętam.
Myślę, że to dlatego ponieważ w końcu odkryłem, że naprawdę miałem z kim podzielić się odpowiedzialnością. Nie, żeby się wygadać, jak dotąd czyniłem - to chyba właśnie ta kobieca potrzeba wiary - ale żeby załatwić coś konkretnego. Delegować część odpowiedzialności wiedząc, że Partner nie zawiedzie zaufania. Wiedząc, że On pomoże i nie upuści krzyża po drodze.
Może ja nie jestem typowy. Może już po prostu jestem za stary. Ale te wszystkie inicjatywy, jakie ostatnio widzę w postaci Banity właśnie, Lwa Judy, męskich plutonów różańca, itd - jakoś do mnie nie trafiają. Pomijając fakt, że zdjęcie Mela Gibsona opatrzone jakimś tam motywującym tekstem jest dla mnie równie kiczowate, co obrazki z malowniczymi wschodami słońca (choć te akurat wolę oglądać, tyle że w naturze). Męskość nie przejawia się w konwencji obrazków. Męskość jest w działaniu.
Gdzieś niedawno wpadł mi w oczy tekst jakiejś świętej (więc proszę mnie tu nie posądzać o seksizm), że kobieca wiara polega na "odkrywaniu Boga między garnkami i rondlami." Zatem nie na romantycznej kolacji przy świecach, nie na wielkim oszałamiającym balu, tylko w zwykłej, powtarzalnej codzienności. Analogicznie zatem, męskie szukanie Boga na polu walki, z karabinem w ręku i w pióropuszach dymu jest tylko ckliwym marzycielstwem. Jego trzeba szukać stojąc w korku do pracy, targając siatki z zakupami i trzepiąc dywany. A wielkie bitwy, podobnie jak wielkie bale można sobie urządzać od święta. Ot, co.
Nurtem przewodnim wydaje się pytanie, czemu w Kościele jest tak mało mężczyzn. Dla mnie odpowiedź akurat jest prosta. Ponieważ większość wierzących mężczyzn zostaje księżmi. Gdybyśmy mieli kapłaństwo kobiet, proporcje byłyby zapewne odwrotne. I tyle. Większej filozofii to ja w tym nie widzę.
Na fali tego modnego tematu odkryłem na FB portal Banita. Na początku dawał nadzieję, że będzie to coś ciekawego. Osobiście liczyłem na jakieś ciekawe świadectwa, mądre artykuły, nawiązania do książki wspomnianego autora "Piękny Banita." Cóż, póki co okazuje się, że niestety. Jak większość tego typu fejsbukowych stronek, ogranicza się do publikowania ckliwych obrazków z równie ckliwymi tekstami - tyle, że w konwencji rymcymcerskiej. A ponieważ u samego Eldredge'a razi mnie jego kowbojskość, to sama otoczka tutaj też nie wzbudza mojego entuzjazmu. Prawda jest taka, że większość "tęsknot męskiej duszy," jak brzmi podtytuł sztandarowej pozycji Eldredge'a "Dzikie serce," to ja miałem w wieku 10 lat. Dzisiaj, w wieku 40-tu mam trochę inne. Ale, może ja nie jestem typowy.
Gdybym miał się uprzeć i jednak scharakteryzować jakoś tę męską wiarę to, po odrzuceniu otoczki zostałoby mi... działanie. A raczej współdziałanie. Nie wykluczające emocji czy kontemplacji, ale może ciut bardziej praktyczne. Oto moje doświadczenie wiary:
Całe dorosłe życie facet uczy się przyjmować odpowiedzialność za innych. Za żonę, dzieci, uczniów w szkole (ja byłem nauczycielem), współpracowników, itd. Może dlatego, że mój syn jest wciąż jeszcze za młody, ja nigdy nie miałem rodzeństwa a w dodatku jestem zdeklarowanym samotnikiem, zawsze gdzieś podświadomie brakowało mi współpracy. Takiej opartej na męskim zaufaniu i przyjaźni. Takiej, gdzie mógłbym powiedzieć komuś "zrób to," i nie oglądać się, czy on to zrobi ani nie musieć sprawdzać wyników.
Myślę, że dlatego tak naprawdę wielu z nas lubi filmy akcji, wojenne lub policyjne epopeje. Nie tylko ze względu na samotne bohaterstwo twardzieli, którzy imponują. Ale właśnie dlatego, że w tych klimatach często jest drużyna: jeden ufa drugiemu, każdy może polegać na towarzyszach nawet własnym życiem. Jak gliny w akcji: ja idę pierwszy, ale wiem, że partner mnie ubezpiecza. No, takiego partnera właśnie potrzebuję w Jezusie. I on takim partnerem jest i potrafi być, jak nikt inny. Dla mnie to właśnie jest sedno tej całej męskiej wiary. Bez potrzeby pobrzękiwania szabelką czy wywijania lassem, ale w codziennym życiu, niekoniecznie w akompaniamencie fajerwerków i wybuchających samochodów.
Wczoraj, po szczególnie aktywnym dniu, wypełnionym właśnie nie okrzykami wojennymi ale mnóstwem spraw do załatwienia, potrzebą działania i opiekowania się innymi nie mogłem zasnąć. Przez głowę przelatywały mi dziesiątki, jeśli nie setki scenariuszy kolejnych wydarzeń, zastanawiania się co należy jeszcze zrobić, co mogłem zrobić inaczej, jak rozwiązać ten lub inny problem, itd. Zazwyczaj w modlitwie "oddawanie spraw" Bogu było dla mnie jakąś rutynową mantrą. Czymś, co powtarzałem właściwie automatycznie, bez głębszego zastanowienia. Ot tak, bo przecież na tym polega wiara.
I właśnie wczoraj, pewnie pod wpływem świeżej lektury "Pięknego Banity," usiadłem w łóżku i zacząłem się naprawdę modlić. Po kolei oddawać te wszystkie sprawy, którymi się tak martwiłem. Tym razem nie machinalnie ale tak, jakbym dzielił się zadaniami z przyjacielem. Mówiłem: "dobra, to trzeba rozwiązać. To ja zrobię tak i tak, a Ty załatw resztę, OK?" OK. Wierzcie mi. Z każdą kolejną sprawą czułem jak ciężar stresu na moich ramionach maleje a ja się odprężałem. Trwało to może z pół godziny bo spraw faktycznie nagromadziło się sporo. Ale kiedy już przekazałem naprawdę wszystko, położyłem się z powrotem i zasnąłem jak niemowlak. A dziś obudziłem się wypoczęty, jak dawno już nie pamiętam.
Myślę, że to dlatego ponieważ w końcu odkryłem, że naprawdę miałem z kim podzielić się odpowiedzialnością. Nie, żeby się wygadać, jak dotąd czyniłem - to chyba właśnie ta kobieca potrzeba wiary - ale żeby załatwić coś konkretnego. Delegować część odpowiedzialności wiedząc, że Partner nie zawiedzie zaufania. Wiedząc, że On pomoże i nie upuści krzyża po drodze.
Może ja nie jestem typowy. Może już po prostu jestem za stary. Ale te wszystkie inicjatywy, jakie ostatnio widzę w postaci Banity właśnie, Lwa Judy, męskich plutonów różańca, itd - jakoś do mnie nie trafiają. Pomijając fakt, że zdjęcie Mela Gibsona opatrzone jakimś tam motywującym tekstem jest dla mnie równie kiczowate, co obrazki z malowniczymi wschodami słońca (choć te akurat wolę oglądać, tyle że w naturze). Męskość nie przejawia się w konwencji obrazków. Męskość jest w działaniu.
Gdzieś niedawno wpadł mi w oczy tekst jakiejś świętej (więc proszę mnie tu nie posądzać o seksizm), że kobieca wiara polega na "odkrywaniu Boga między garnkami i rondlami." Zatem nie na romantycznej kolacji przy świecach, nie na wielkim oszałamiającym balu, tylko w zwykłej, powtarzalnej codzienności. Analogicznie zatem, męskie szukanie Boga na polu walki, z karabinem w ręku i w pióropuszach dymu jest tylko ckliwym marzycielstwem. Jego trzeba szukać stojąc w korku do pracy, targając siatki z zakupami i trzepiąc dywany. A wielkie bitwy, podobnie jak wielkie bale można sobie urządzać od święta. Ot, co.
czwartek, 31 stycznia 2013
Związki partnerskie
Szczerze mówiąc męczy mnie ta cała histeria. Jednak jakość argumentów, jakie w tej sprawie czytam, przyprawia mnie o szczękościsk, toteż nie mogę nie napisać tej notki.
Właściwie jedyną mądrą wypowiedź w całej tej sprawie przeczytałem jest tutaj: Liberte w dodatku... nie zgadzam się z nią. Ale, po kolei.
Nie rozumiem, dlaczego nigdzie nie zostało to wprost wytłumaczone. Albo wszyscy posługują się jakimś gigantycznym skrótem myślowym, albo nikt tak naprawdę nie wie, o co chodzi. Otóż związki partnerskie w żaden sposób nie zagrażają przecież już istniejącym małżeństwom. Ani, tak naprawdę, tym wierzącym ludziom, dla których ślub kościelny jest najważniejszy (z takich, czy innych powodów). One grożą może faktycznie tym, że w przyszłości więcej młodych ludzi będzie wolało zaangażować się połowicznie i na próbę. Już teraz niektóre młode pary tak robią, mieszkając ze sobą przed, lub w ogóle bez ślubu. Owszem, gdyby takie rozwiązanie dla nich wprowadzić, część może poszłaby te pół kroku do przodu zamiast zrobić cały. Trudno powiedzieć, ile statystycznie by to wypadło. Ale takie zagrożenie rzeczywiście istnieje, bez względu na to, jak naukowo i prawniczo będziemy analizować naszą konstytucję.
Nie jest to wprawdzie jedyny powód, dla którego osobiście jestem przeciwny związkom partnerskim dla par heteroseksualnych, ale ten argument do mnie trafia. Poza tym, uważam, że instytucja związków partnerskich jest zwyczajnie redundancyjna wobec małżenstwa. Zupełnie inaczej sprawa wygląda wobec związków partnerskich dla par homoseksualnych i tutaj właśnie ilość wypowiadanych bzdur doprowadza mnie do rozpaczy.
Przede wszystkim, homoseksualizm nie jest zaraźliwy. Nie istnieje coś takiego, jak "propaganda homoseksualna" bo nikt nie jest w stanie zmienić swojej orientacji seksualnej. Zresztą ani w jedną, ani w drugą stronę. Nie jest to również żadna "moda" bo homoseksualizm jest równie stary jak ludzkość, a być może nawet starszy, jeśli uświadomić sobie, że najpierw Pan Bóg stworzył zwierzęta. Wśród populacji ludzkiej, jak kiedyś pisałem, jest to odsetek ok. 5-7% i jak nie zmieniło się to przez ostatnie 2 miliony lat, tak nie ma powodu nagle zmieniać się teraz.
Ktoś wypowiedział się, że "homoseksualizm nie może być genetyczny, ponieważ dwoje heteroseksualnych ludzi nie mogłoby spłodzić homoseksualisty." Ten ktoś nie ma pojęcia o czym mówi. Gdyby tak było, to nie istniałby na ten przykład zespół Downa, czy choćby hemofilia. Genetyczny nie równa się dziedziczny - to zupełnie różne pojęcia. Zresztą nie znamy tak naprawdę genezy homoseksualizmu. Wiemy, że ludzie rodzą się z określonymi skłonnościami i tyle. Wprawdzie czytałem kiedyś, że naukowcy odkryli gen odpowiedzialny za zachowania homoseksualne u myszy, ale od tego droga do poznania dokładnego źródła tego zjawiska jest jeszcze daleka.
"Jeśli dopuścimy małżeństwa homoseksualne, to kobiety nie będą mieć partnerów i przestaną rodzić dzieci." Nie będę się bawił w semantykę analizując różnice pomiędzy związkiem a małżeństwem. Ale... litości! Po pierwsze, homoseksualizm występuje zarówno u kobiet jak i u mężczyzn, zatem przypuszczenie, że nagle ktoś zostanie "bez pary" jest śmieszne. Po drugie, żadna regulacja prawna ani też jej brak nie sprawi, że ktoś o skłonnościach homoseksualnych nagle założy rodzinę i spłodzi potomstwo. Owszem, tak się zdarza jeszcze i dzisiaj pod presją otoczenia, ale tę presję właśnie należałoby przemyśleć bo nie są to szczęśliwe, ani zdrowe rodziny.
"Homoseksualizm jest grzechem przeciwko prawu naturalnemu." Też nie będę się bawił w teologa i analizował Pisma Św. pod kątem homoseksualizmu bo takich opracowań i to naukowych można znaleźć wiele. Chciałbym tylko przypomnieć, że jeszcze w latach 60-tych ubiegłego wieku m. in. Kościół Katolicki używał tego argumentu przeciwko małżeństwom międzyrasowym.
Nie rozumiem też, dlaczego w to wszystko zaplątany został transseksualizm, który jest zupełnie odmiennym zjawiskiem. Chyba przez skandaliczne wypowiedzi pewnej pani poseł... Cóż, to jeszcze jedna wielka bzdura. Transseksualiści są zapewne w takim samym stopniu zainteresowani związkami partnerskimi, jak cała reszta społeczeństwa. Może poza tym, że bywają na ogół bardziej wrażliwi na ludzkie losy. Ale wybór ślub czy związek podejmować będą tak samo jak inni i wśród nich też bywają osobniki homoseksualne, pewnie w podobnym odsetku, co gdzie indziej. Ale o tym może innym razem.
Reasumując: nie widzę powodu, dla którego potrzebne byłyby związki "na pół kociej łapy" dla par heteroseksualnych, natomiast w przypadku homoseksualistów, nikomu ani niczemu takie rozwiązanie nie zagraża, może natomiast dać wiele radości wielu ludziom.
Czytałem jakiś czas temu wywiad z panem Cejrowskim, który na pytanie dziennikarza odpowiedział, że inny i wyobcowany to on się czuje w Polsce i w ogóle w Europie. Tzw "prymitywni tubylcy" na inność reagują przyjaznym zainteresowaniem i akceptacją, tzw "cywilizowani ludzie" na ogół strachem i obrzydzeniem.
Na koniec dodam tylko oczywistą uwagę: jeśli Cię, mój miły czytelniku, brzydzi homoseksualizm, to go nie uprawiaj. Nie ma takiego wymogu. I to by było na tyle.
Właściwie jedyną mądrą wypowiedź w całej tej sprawie przeczytałem jest tutaj: Liberte w dodatku... nie zgadzam się z nią. Ale, po kolei.
Nie rozumiem, dlaczego nigdzie nie zostało to wprost wytłumaczone. Albo wszyscy posługują się jakimś gigantycznym skrótem myślowym, albo nikt tak naprawdę nie wie, o co chodzi. Otóż związki partnerskie w żaden sposób nie zagrażają przecież już istniejącym małżeństwom. Ani, tak naprawdę, tym wierzącym ludziom, dla których ślub kościelny jest najważniejszy (z takich, czy innych powodów). One grożą może faktycznie tym, że w przyszłości więcej młodych ludzi będzie wolało zaangażować się połowicznie i na próbę. Już teraz niektóre młode pary tak robią, mieszkając ze sobą przed, lub w ogóle bez ślubu. Owszem, gdyby takie rozwiązanie dla nich wprowadzić, część może poszłaby te pół kroku do przodu zamiast zrobić cały. Trudno powiedzieć, ile statystycznie by to wypadło. Ale takie zagrożenie rzeczywiście istnieje, bez względu na to, jak naukowo i prawniczo będziemy analizować naszą konstytucję.
Nie jest to wprawdzie jedyny powód, dla którego osobiście jestem przeciwny związkom partnerskim dla par heteroseksualnych, ale ten argument do mnie trafia. Poza tym, uważam, że instytucja związków partnerskich jest zwyczajnie redundancyjna wobec małżenstwa. Zupełnie inaczej sprawa wygląda wobec związków partnerskich dla par homoseksualnych i tutaj właśnie ilość wypowiadanych bzdur doprowadza mnie do rozpaczy.
Przede wszystkim, homoseksualizm nie jest zaraźliwy. Nie istnieje coś takiego, jak "propaganda homoseksualna" bo nikt nie jest w stanie zmienić swojej orientacji seksualnej. Zresztą ani w jedną, ani w drugą stronę. Nie jest to również żadna "moda" bo homoseksualizm jest równie stary jak ludzkość, a być może nawet starszy, jeśli uświadomić sobie, że najpierw Pan Bóg stworzył zwierzęta. Wśród populacji ludzkiej, jak kiedyś pisałem, jest to odsetek ok. 5-7% i jak nie zmieniło się to przez ostatnie 2 miliony lat, tak nie ma powodu nagle zmieniać się teraz.
Ktoś wypowiedział się, że "homoseksualizm nie może być genetyczny, ponieważ dwoje heteroseksualnych ludzi nie mogłoby spłodzić homoseksualisty." Ten ktoś nie ma pojęcia o czym mówi. Gdyby tak było, to nie istniałby na ten przykład zespół Downa, czy choćby hemofilia. Genetyczny nie równa się dziedziczny - to zupełnie różne pojęcia. Zresztą nie znamy tak naprawdę genezy homoseksualizmu. Wiemy, że ludzie rodzą się z określonymi skłonnościami i tyle. Wprawdzie czytałem kiedyś, że naukowcy odkryli gen odpowiedzialny za zachowania homoseksualne u myszy, ale od tego droga do poznania dokładnego źródła tego zjawiska jest jeszcze daleka.
"Jeśli dopuścimy małżeństwa homoseksualne, to kobiety nie będą mieć partnerów i przestaną rodzić dzieci." Nie będę się bawił w semantykę analizując różnice pomiędzy związkiem a małżeństwem. Ale... litości! Po pierwsze, homoseksualizm występuje zarówno u kobiet jak i u mężczyzn, zatem przypuszczenie, że nagle ktoś zostanie "bez pary" jest śmieszne. Po drugie, żadna regulacja prawna ani też jej brak nie sprawi, że ktoś o skłonnościach homoseksualnych nagle założy rodzinę i spłodzi potomstwo. Owszem, tak się zdarza jeszcze i dzisiaj pod presją otoczenia, ale tę presję właśnie należałoby przemyśleć bo nie są to szczęśliwe, ani zdrowe rodziny.
"Homoseksualizm jest grzechem przeciwko prawu naturalnemu." Też nie będę się bawił w teologa i analizował Pisma Św. pod kątem homoseksualizmu bo takich opracowań i to naukowych można znaleźć wiele. Chciałbym tylko przypomnieć, że jeszcze w latach 60-tych ubiegłego wieku m. in. Kościół Katolicki używał tego argumentu przeciwko małżeństwom międzyrasowym.
Nie rozumiem też, dlaczego w to wszystko zaplątany został transseksualizm, który jest zupełnie odmiennym zjawiskiem. Chyba przez skandaliczne wypowiedzi pewnej pani poseł... Cóż, to jeszcze jedna wielka bzdura. Transseksualiści są zapewne w takim samym stopniu zainteresowani związkami partnerskimi, jak cała reszta społeczeństwa. Może poza tym, że bywają na ogół bardziej wrażliwi na ludzkie losy. Ale wybór ślub czy związek podejmować będą tak samo jak inni i wśród nich też bywają osobniki homoseksualne, pewnie w podobnym odsetku, co gdzie indziej. Ale o tym może innym razem.
Reasumując: nie widzę powodu, dla którego potrzebne byłyby związki "na pół kociej łapy" dla par heteroseksualnych, natomiast w przypadku homoseksualistów, nikomu ani niczemu takie rozwiązanie nie zagraża, może natomiast dać wiele radości wielu ludziom.
Czytałem jakiś czas temu wywiad z panem Cejrowskim, który na pytanie dziennikarza odpowiedział, że inny i wyobcowany to on się czuje w Polsce i w ogóle w Europie. Tzw "prymitywni tubylcy" na inność reagują przyjaznym zainteresowaniem i akceptacją, tzw "cywilizowani ludzie" na ogół strachem i obrzydzeniem.
Na koniec dodam tylko oczywistą uwagę: jeśli Cię, mój miły czytelniku, brzydzi homoseksualizm, to go nie uprawiaj. Nie ma takiego wymogu. I to by było na tyle.
niedziela, 13 stycznia 2013
Eutanazja
Gorący temat w dzień finału, ale pewnie nie od razu ucichnie. Z góry powiem, że nie mam zdania na ten temat. Wierzę w Boga, ale mój Bóg jest litościwy i miłosierny. Nie skazuje człowieka na cierpienie bez sensu i szanuje jego wolę. Tak, wiem, czasem nie rozumiemy wyższego sensu, ale nawet wtedy On nie zostawia nas samych.
Przede wszystkim jedna uwaga. Nie odsądzajcie od razu od czci i wiary każdego, kto dopuszcza do siebie myśl o eutanazji. To nie są tylko zbrodniarze i psychopaci. Przypuszczam że nikt, kto przyznaje się w tej kwestii do wątpliwości nie myśli tak naprawdę o zabijaniu innych. Nie o to tu chodzi. Nie o pozbycie się kogoś drugiego, bliskiego lub nie, kto ewentualnie stanowi problem. Prawdziwą pułapkę dostrzegamy wtedy, gdy myślimy o sobie: czy ja nie będę obciążeniem dla innych, czy ja wytrzymam ból, ewentualnie upokorzenie niesprawności i kompletnego polegania na innych. Tak łatwo się mówi o krzyżu, kiedy to inni mają go dźwigać. Pytanie, czy ja udźwignę własny?
Wierzcie mi, nikt z nas nie jest w stanie odpowiedzieć szczerze na to pytanie, dopóki to jest tylko teoria. Teoretyzować jest niezwykle łatwo. Dopiero stanięcie twarzą w twarz z problemem - poczucie go nie tylko na własnej skórze, ale we własnym wnętrzu, boleśnie i samotnie - może nam dać wystarczającą perspektywę.
Ja sam jej nie mam toteż nie zamierzam dawać żadnych ostatecznych odpowiedzi. Próbuję się jedynie podzielić wątpliwościami. Nie jestem Owsiakiem, nie kreuję medialnego odzewu - wolno mi. Jemu zresztą też, każdemu wolno wyrażać własną opinię w wolnym kraju, czyż nie?
Wracając do tematu. Mam ostatnio okazję obserwować człowieka, który u schyłku życia został zupełnie sam. Kilka lat temu zmarła jego żona a on... kompletnie sobie nie radził. Nikt o tym nie wiedział bo nikomu się nie zwierzał dopóki nie wydarzył się przypadek dla jednych, boska interwencja dla innych.
W każdym razie człowiek ten jest stary, chory i kompletnie zagubiony w świecie. Na dziś potrafi tylko płakać albo patrzeć tępo przed siebie. Owszem, ma teraz ludzi, którzy chcą mu pomóc, ale nie wiadomo, czy nie jest już za późno. Ciało pozostaje, ale duch? Jakby odszedł.
Nie chce iść do domu starców, chciałby radzić sobie sam. Ale chyba nie jest już w stanie. Nie cierpi jeszcze zbyt mocno fizycznie, chyba nawet nie zdaje sobie sprawy, że samym swoim istnieniem stanowi problem. Może i dobrze. Nawet na pewno dobrze.
I nie, nie myślę o eutanazji dla niego. Myślę, że ja na jego miejscu bardzo chciałbym, żeby ktoś pomógł mi skrócić moje własne życie. Bez żadnych podtekstów, że on też powinien. Po prostu ja nie chciałbym być kłopotem dla rodziny, czy przyjaciół. Krótka choroba i śmierć - owszem, nikt tego nie uniknie. Ale życie ciągnące się bez celu, kiedy nie będę już w stanie nawet samodzielnie myśleć? Nie chcę. Będę się modlił, żeby mnie to nie spotkało. Ale, gdyby jednak?
Ostatnio przeczytałem coś o eutanazji jakoby będącej zaprzeczeniem przysięgi Hipokratesa i stojącej w sprzeczności z etyką lekarską od czasów antycznych i średniowiecznych. Może ja z historii nie jestem za mocny, ale wydawało mi się że w antyku, w Sparcie na przykład, a chyba i w Rzymie praktykowano wspomagane samobójstwo w pewnych przypadkach. W Japonii było to do niedawna częścią kultury, podobnie jak w niektórych plemionach indiańskich. I przypuszczam, że lekarz, czy lokalny szaman często "maczał w tym palce," choćby podpowiadając recepturę na szybko i w miarę bezboleśnie działającą truciznę.
Nie wiem. Sam nie umiałbym podjąć takiej decyzji za kogoś i rozumiem każdego lekarza, który miałby z tym problem. Ale sam, odnośnie własnego życia, chyba chciałbym mieć prawo do takiej decyzji. Na wypadek, gdyby zabrakło mi męstwa czy wytrwałości. Po prostu - plan B. I przypuszczam, że każdy, kto wypowiada się pozytywnie, albo chociaż niezdecydowanie, na temat eutanazji, ma na myśli przede wszystkim siebie.
Skończmy może z tą propagandą "cywilizacji śmierci," wrzucaniem zwolenników beztroskiej aborcji (są tacy?), popierających metodę in vitro i zastanawiających się nad prawem do eutanazji do jednego worka. To wszystko są kompletnie różne sprawy, rozpatrywane z różnych punktów widzenia i kompletnie nie mające ze sobą nic wspólnego.
Jeszcze raz powtórzę: ci, którzy zastanawiają się nad eutanazją, rzadko myślą o zabijaniu innych po to, żeby samemu mieć łatwiejsze życie. Dylemat powstaje wyłącznie wtedy, kiedy siebie stawiamy w tym miejscu.
Przede wszystkim jedna uwaga. Nie odsądzajcie od razu od czci i wiary każdego, kto dopuszcza do siebie myśl o eutanazji. To nie są tylko zbrodniarze i psychopaci. Przypuszczam że nikt, kto przyznaje się w tej kwestii do wątpliwości nie myśli tak naprawdę o zabijaniu innych. Nie o to tu chodzi. Nie o pozbycie się kogoś drugiego, bliskiego lub nie, kto ewentualnie stanowi problem. Prawdziwą pułapkę dostrzegamy wtedy, gdy myślimy o sobie: czy ja nie będę obciążeniem dla innych, czy ja wytrzymam ból, ewentualnie upokorzenie niesprawności i kompletnego polegania na innych. Tak łatwo się mówi o krzyżu, kiedy to inni mają go dźwigać. Pytanie, czy ja udźwignę własny?
Wierzcie mi, nikt z nas nie jest w stanie odpowiedzieć szczerze na to pytanie, dopóki to jest tylko teoria. Teoretyzować jest niezwykle łatwo. Dopiero stanięcie twarzą w twarz z problemem - poczucie go nie tylko na własnej skórze, ale we własnym wnętrzu, boleśnie i samotnie - może nam dać wystarczającą perspektywę.
Ja sam jej nie mam toteż nie zamierzam dawać żadnych ostatecznych odpowiedzi. Próbuję się jedynie podzielić wątpliwościami. Nie jestem Owsiakiem, nie kreuję medialnego odzewu - wolno mi. Jemu zresztą też, każdemu wolno wyrażać własną opinię w wolnym kraju, czyż nie?
Wracając do tematu. Mam ostatnio okazję obserwować człowieka, który u schyłku życia został zupełnie sam. Kilka lat temu zmarła jego żona a on... kompletnie sobie nie radził. Nikt o tym nie wiedział bo nikomu się nie zwierzał dopóki nie wydarzył się przypadek dla jednych, boska interwencja dla innych.
W każdym razie człowiek ten jest stary, chory i kompletnie zagubiony w świecie. Na dziś potrafi tylko płakać albo patrzeć tępo przed siebie. Owszem, ma teraz ludzi, którzy chcą mu pomóc, ale nie wiadomo, czy nie jest już za późno. Ciało pozostaje, ale duch? Jakby odszedł.
Nie chce iść do domu starców, chciałby radzić sobie sam. Ale chyba nie jest już w stanie. Nie cierpi jeszcze zbyt mocno fizycznie, chyba nawet nie zdaje sobie sprawy, że samym swoim istnieniem stanowi problem. Może i dobrze. Nawet na pewno dobrze.
I nie, nie myślę o eutanazji dla niego. Myślę, że ja na jego miejscu bardzo chciałbym, żeby ktoś pomógł mi skrócić moje własne życie. Bez żadnych podtekstów, że on też powinien. Po prostu ja nie chciałbym być kłopotem dla rodziny, czy przyjaciół. Krótka choroba i śmierć - owszem, nikt tego nie uniknie. Ale życie ciągnące się bez celu, kiedy nie będę już w stanie nawet samodzielnie myśleć? Nie chcę. Będę się modlił, żeby mnie to nie spotkało. Ale, gdyby jednak?
Ostatnio przeczytałem coś o eutanazji jakoby będącej zaprzeczeniem przysięgi Hipokratesa i stojącej w sprzeczności z etyką lekarską od czasów antycznych i średniowiecznych. Może ja z historii nie jestem za mocny, ale wydawało mi się że w antyku, w Sparcie na przykład, a chyba i w Rzymie praktykowano wspomagane samobójstwo w pewnych przypadkach. W Japonii było to do niedawna częścią kultury, podobnie jak w niektórych plemionach indiańskich. I przypuszczam, że lekarz, czy lokalny szaman często "maczał w tym palce," choćby podpowiadając recepturę na szybko i w miarę bezboleśnie działającą truciznę.
Nie wiem. Sam nie umiałbym podjąć takiej decyzji za kogoś i rozumiem każdego lekarza, który miałby z tym problem. Ale sam, odnośnie własnego życia, chyba chciałbym mieć prawo do takiej decyzji. Na wypadek, gdyby zabrakło mi męstwa czy wytrwałości. Po prostu - plan B. I przypuszczam, że każdy, kto wypowiada się pozytywnie, albo chociaż niezdecydowanie, na temat eutanazji, ma na myśli przede wszystkim siebie.
Skończmy może z tą propagandą "cywilizacji śmierci," wrzucaniem zwolenników beztroskiej aborcji (są tacy?), popierających metodę in vitro i zastanawiających się nad prawem do eutanazji do jednego worka. To wszystko są kompletnie różne sprawy, rozpatrywane z różnych punktów widzenia i kompletnie nie mające ze sobą nic wspólnego.
Jeszcze raz powtórzę: ci, którzy zastanawiają się nad eutanazją, rzadko myślą o zabijaniu innych po to, żeby samemu mieć łatwiejsze życie. Dylemat powstaje wyłącznie wtedy, kiedy siebie stawiamy w tym miejscu.
poniedziałek, 7 stycznia 2013
Tydzień nienawiści do WOŚP
Cóż, to będzie chyba moja nowa świecka tradycja ponieważ już drugi rok z rzędu pierdoły wypisywane przez chyba bardzo młodych ludzi, którzy odczuwają potrzebę negowania wszystkiego za każdą cenę (przynajmniej mam nadzieję, że to oni właśnie i tylko oni te bzdury wypisują) mierzi mnie i denerwuje niepomiernie.
Po pierwsze: to przede wszystkim promocja Owsiaka. Może tak, może nie. Ja mam wrażenie, że bez poparcia instytucji państwowych czy kościelnych popularność można zdobyć tylko przez taką promocję. Proponuję - niech każdy z krytykujących wyjdzie po prostu na ulicę z jakąś puszką na wspieranie kogokolwiek. Są u nas żyjący tylko z żebractwa, może i da się z tego utrzymać siebie i jeszcze mieć na piwo. Ale kto mądry zbierze tak choćby kilka milionów złotych?
Po drugie: Woodstock. Ja nie słucham takiej muzyki ale też mnóstwo ludzi nie słucha "mojej" muzyki. Nie jesteśmy przez to ani lepsi ani gorsi od siebie nawzajem, prawda? Nie rozumiem, czemu akurat woodstockowcy mają mi przeszkadzać. Oczywiście, koronny argument, że żadne pieniądze z finału WOŚP ani w ogóle od prywatnych darczyńców na ten letni koncert nie są przeznaczane - po prostu nie trafia. Nawet mimo tego, że w statucie fundacja ma wpisane, iż koncert ów organizowany jest ze środków przeznaczanych specjalnie na ten cel przez sponsorów. Pewnie, po co sprawdzać wiadomości, skoro łatwiej powtarzać zasłyszane (patrzeć poprzednia notka).
Po trzecie: WOŚP wyręcza państwo bo to ono powinno łożyć na ochronę zdrowia i ratowanie życia. Prawda. Idealne państwo to takie, w którym żadne akcje charytatywne nie są w ogóle potrzebne, bo nikomu na niczym nie zbywa. Nie wspomnę już o tym, że to akurat ideał komunistyczny jest, bo nie o tym ta notka. Ale jest. Natomiast w naszych realiach narzuca mi się jedno pytanie: Skoro już tak jest, że państwo nieudolne i sobie nie radzi, to czy lepiej siedzieć wygodnie w fotelu i narzekać na owo państwo, czy jednak dupę ruszyć i choć kilka groszy dołożyć, skoro już ktoś jest tak miły, że tyle roboty odwala?
Po czwarte: po co dawać na WOŚP, skoro można dawać na Caritas, który bez szumu robi to samo albo i więcej? Kontr-pytanie: a kto komu zabrania dawać na jedno i drugie? Pod zarzutem, że sam się promuję, powiem, że sam w miarę możliwości daję Owsiakowi, ale też fundacji Brata Alberta (można kliknąć na baner Okruszka - przypominam), ośrodek niewidomych w Laskach, ostatnio także na SOS Wioski Dziecięce i parę innych jak akurat mam pieniądze i zobaczę taką możliwość. Na Caritas ja akurat daję rzadko - chyba, że taca w kościele jest, a ja akurat nie zapomniałem portfela. Ale nie wybrzydzam, bo niby dlaczego? To mój psi, chrześcijański obowiązek dawać, jeśli mi starcza, choćby po parę złotych. I nikt nie ma prawa limitować moich datków, ani tym bardziej ich dyskredytować.
Mógłbym tak jeszcze długo, ale na razie zostawię. Zapewne za rok po Trzech Królach wrócę po raz kolejny do tematu bo spokoju mi nie daje. Dlaczego zawsze ktoś musi opluć wszystko i wszystkich tylko dlatego, że... no właśnie, żeby co? Czytałem ostatnio wypowiedzi socjologów odnośnie reakcji internetowych na "chytrą babę z Radomia" i tylko jedna refleksja mi się po tym nasuwa: "owczy pęd," czyli "kupą, mości panowie, kupą." Naprawdę mam nadzieję, że ta kupa to tylko nasza zbuntowana młodzież, która nie zawsze dostrzega co właściwie tak uparcie kontestuje, byle tylko odróżnić się od starszego pokolenia...
niedziela, 6 stycznia 2013
Owsiak zbiera na eutanazję
Owsiak zbiera na eutanazję, Palikot chce zmieniać płeć 13-letnim dzieciom, a papież twierdzi, że nie było żłóbka. Takie trzy rewelacje ostatnimi czasy odkryłem. Coś je łączy, choć nie umiem powiedzieć, czy to głupota czy manipulacja. Ale chyba zacznę od odkręcania po kolei bo inaczej nie wiem jak.
I Jerzy OwsiakFałsz: jak w tytule: wspomagając w tym roku Orkiestrę Świątecznej Pomocy, de facto deklarujemy poparcie dla eutanazji!
Prawda: W pewnym wywiadzie pan Owsiak wyraził się, iż "eutanazja to pomoc starszym w cierpieniach." Sam potem tłumaczył, że była to szczera rozmowa o geriatrii w Polsce, o ludzkim cierpieniu, o tragediach osób starych i schorowanych, dla których nie ma nawet miejsc w szpitalach. Sam nie jestem ani zwolennikiem, ani przeciwnikiem eutanazji - mam podobne dylematy, jak pan Owsiak. I staram się podchodzić do tych spraw z podobnym szacunkiem, choć z pewnością robię w tej dziedzinie o niebo mniej niż on.
II Janusz Palikot Fałsz: Ustawa o uzgodnieniu płci, proponowana przez Ruch Palikota, pozwala na zmianę płci na życzenie dziecka w wieku 13 lat.
Prawda: O takiej granicy wieku ustawa wspomina wyłącznie w kontekście dzieci interseksualnych, czyli urodzonych z jakąś formą obojnactwa fizycznego. Takie dzieci w dzisiejszych warunkach operuje się zaraz po urodzeniu, arbitralnie określając im płeć na podstawie tego, co bardziej przypominają ich narządy. Palikot postuluje, żeby w przypadku braku innych wskazań medycznych (hermafrodytyzm często wiąże się z innymi powikłaniami), odsuwać tę decyzję w czasie tak, aby zainteresowany przed okresem dojrzewania mógł przynajmniej na cokolwiek mieć wpływ.
III Papież Benedykt Fałsz: Benedykt XVI w swojej książce (o której niedawno pisałem) twierdzi, że Jezus nie urodził się w stajence, że nie było przy Nim żadnych zwierząt, nie było też trzech króli ani gwiazdy betlejemskiej. No, rewelacja! Papież podważa podstawowe prawdy wiary!
Prawda: Papież opowiada, że w tamtych czasach kamienne groty były wykorzystywane na pomieszczenia stajenne, zatem obraz drewnianej stajni ze żłóbkiem jest raczej artystyczną wariacją na temat, niż historycznym obrazkiem. Przypomina również (co wszyscy powinniśmy dawno wiedzieć), że wprawdzie Ewangelia nie wspomina o obecności zwierząt przy narodzeniu Pana, ale jest wielce prawdopodobne, że tam były, skoro miasto było zapełnione. Poza tym, o wole i ośle wspominają prorocy Starego Testamentu (bodaj Izajasz). Dalej, oczywiście, że nie królowie, tylko ewentualnie mędrcy, a papież spekuluje, że zapewne byli to perscy kapłani. No i wspomina o ostatnich domysłach naukowców, którzy twierdzą, że gwiazda betlejemska była zapewne nie kometą, jak uważaliśmy kiedyś, a efektem koniunkcji planet, która miała miejsce w tamtym okresie. Ogólnie Benedykt cytuje różne źródła, z niektórymi polemizuje, inne podaje jako ciekawostki. Wnioski z pewnością nie mają nic wspólnego z krzykliwą sensacją, o której wspomniałem.
Przyznam, że takie rewelacje mnie przerażają. Wprawdzie w powyższych przypadkach dość łatwo było je obalić zwyczajnie sięgając do źródeł, ale ja jestem wyjątkowy. No bo ile osób akurat równie mocno interesuje się Owsiakiem, Palikotem i Benedyktem jednocześnie? Ile jest takich rewelacji w innych dziedzinach, o których sam nie mam dość pojęcia, żeby gdziekolwiek docierać i odkłamywać? Przecież nie da się być ekspertem w każdej dziedzinie! Wielokrotnie polegamy na przekazach z drugiej ręki: mediach, dziennikarzach i politykach. Zapewne o wiele częściej, niż sobie z tego zdajemy sprawę.
W tym roku siedzę więcej na Facebooku, niż na blogu, toteż nie składałem życzeń świątecznych ani noworocznych moim czytelnikom w tym miejscu. Naprawiając częściowo to zaniedbanie, chciałbym życzyć nam wszystkim więcej dystansu do tego, czego się dowiadujemy. A może raczej powinienem nam życzyć więcej rzetelności i odpowiedzialności w tym, co mówimy? W końcu żyjemy w epoce informacji a tak nieładnie pozwalamy się jej dewaluować...
sobota, 22 grudnia 2012
Odkryłem ostatnio facebooka... nie, to za dużo powiedziane. Umówmy się, że zacząłem go używać ostatnio. I pewnie, zanim mi się znudzi, minie jeszcze kilka miesięcy, ale znając siebie już wiem, że mi się znudzi. Chyba, że rozwinie się w jakimś sensownym dla mnie kierunku.
Użytkownikiem sieci jestem od dziesięciu lat. Zaczynałem - jak tu kiedyś pisałem - od nauki włączenia komputera. Ale potem poznałem wspaniałych ludzi, założyłem własną stronę internetową, potem następną i następną... Nauczyłem się wtedy jednego: jeśli masz oryginalny pomysł na zawartość, to możesz tworzyć poczytne strony z opowiadaniami, albumy graficzne, fora, itd. I zawsze znajdą się ludzie, którzy zechcą Twoją twórczość poznawać i dzielić się własną. Ale 99% stron w internecie sprzed dekady była czysto odtwórcza, nie kreatywna.
Taki niestety jest też facebook. I nic się nie zmieniło w przekroju użytkowników. 99% profili służy do publikowania śmiesznych obrazków znalezionych w sieci, filmików lub cudzych zdjęć. Czasem linków do interesujących artykułów. Wszystko odtwórcze. Minimalny wkład własny
Owszem, na upartego da się nawet bloga prowadzić na FB, choć edytor wiadomości jest niemiłosiernie mały a do wyświetlenia dłuższego tekstu trzeba jeszcze dodatkowego kliknięcia. Układ strony robi się sam - jedyną opcją dla użytkownika jest wyrzucenie czegoś na dwie kolumny zamiast jedną. Ale to sprawdza się w przypadku tylko niektórych zdjęć.
Moim drugim wielkim rozczarowaniem tą stroną jest polityka prywatności. Nie, wcale nie będę typowo narzekał, że jej za mało. Wręcz odwrotnie. Otóż naiwnie sądziłem, że stworzenie profilu na FB pozwoli mi poznawać ludzi o podobnych zainteresowaniach, wymieniać się doświadczeniami i w ogóle jakoś... no, rozwijać się sieciowo. Nic bardziej mylnego.
Zaraz po kilku dniach dostałem urzędowe ostrzeżenie, że mogą mi zamknąć profil ponieważ ośmieliłem się zaprosić do znajomych osobę, która mnie nie znała i ewidentnie sobie tego nie życzyła. Cóż, przeprosiłbym ją tutaj, gdybym wiedział kto zacz i miał nadzieję, że ten blog czytuje. Ale co ja takiego złego zrobiłem?
Wyobrażałem sobie mianowicie, że skoro już przekuję ten irytujący znaczek "Like," który pojawia się dziś niemal na każdej stronie na coś sensownego i będę mógł zobaczyć komentarze ludzi myślących podobnie jak ja, to będziemy mogli wymieniać myśli, obserwować wzajemnie swoje profile, dzielić się spostrzeżeniami itd. Otóż nic z tych rzeczy. Facebook wymaga ode mnie kiszenia się w gronie tych, którzy już są moimi znajomymi i nie wychodzenia ponad ten krąg. Z całym szacunkiem dla moich znajomych - co to za social networking?
Skoro już FB jest platformą odtwórczą, to oczekiwałbym przynajmniej większej kontroli nad szatą graficzną mojej "ściany," czy tam "linii czasu." Lepszej funkcjonalności albumów - choćby możliwości wyświetlania zdjęć w układzie full screen i jakiejkolwiek opcji dzielenia się plikami muzycznymi. Nie, wklejanie linków do youtube zdecydowanie mi nie wystarcza. Mam mnóstwo nagrań, które chętnie zaprezentowałbym znajomym - skoro już mam prawo tylko do własnego grona, prawa autorskie nie powinny być tu przeszkodą, czyż nie?
Tak jak powiedziałem. Pewnie przez parę miesięcy będę się jeszcze bawił facebookiem. Choćby dlatego, że daje mi możliwość poznawania ciekawych stron internetowych, jakich w innym przypadku zapewne nie miałbym czasu odkryć. Ale na dłuższą metę? Wątpię. Chyba pozostanę na razie przy blogach: tym i fotograficznym.
niedziela, 16 grudnia 2012
Być szczęśliwym
Komentarz do artykułu z Tygodnika Powszechnego online pod tym samym tytułem.
Pytanie ciekawe, choć dla mnie odpowiedź jest banalnie prosta. Pozwólcie, że posłużę się alegorią. Otóż wyobraźmy sobie, że przyjaciel zaprosił mnie na tygodniowe wakacje do luksusowego kurortu. No wiecie: Disneyland, jacuzzi, jazdy konne, plaża, kajaki - tu niech każdy wpisze co uwielbia robić. Przyjaciel ów twierdzi, że zarezerwował już miejsca, kupił bilety i w ogóle, tylko wsiadać i jechać. Za trzy dni. Ale biletów mi nie pokazał.
Zatem, jeśli przyjaciel jest uczciwy i nie ma w zwyczaju robić sobie głupich żartów, to mu wierzę. I przez cały tydzień, który jeszcze dzieli mnie od wyjazdu, chodzę szczęśliwy, z roześmianą gębą i wyobrażam sobie jak wspaniale będziemy się tam bawić. W tej perspektywie nawet samochód, który mi się akurat zepsuł nie zirytuje mnie tak bardzo, bo przecież niedługo czekają mnie takie cudowne wakacje. Logiczne, prawda?
Różnica pomiędzy opisaną przeze mnie sytuacją a wiarą chrześcijańską jest taka, że na owe obiecane wakacje trzeba wprawdzie trochę dłużej poczekać, ale za to będą one trwały całą wieczność. No i naturalnie nie ma w sieci recenzji owego kurortu i nikt stamtąd nie wrócił, żeby opowiedzieć jak jest - zatem tym bardziej jest to sprawa wiary.
Niemniej refleksja, jaka mnie nachodzi jest w sumie dość prosta: nie jesteśmy szczęśliwi tylko wtedy, kiedy nie wierzymy. Oczywiście nie mówię o chwilowej irytacji, emocjonalnym smutku od czasu do czasu, ale takiej głębokiej życiowej postawie, która pozwala szczerze powiedzieć: "Tak, jestem szczęśliwym człowiekiem."
Być może wynika to z faktu, iż czekać musimy całe życie i zwyczajnie brakuje nam na co dzień tej perspektywy. Trudno nam jest wyobrazić sobie, że całe nasze życie tu na ziemi jest tylko poczekalnią, mgnieniem oka wobec wieczności, marnością - jak twierdzi prorok. Ale właśnie - wystarczy poczytać czasem Pismo Św, żeby sobie o tej podstawowej prawdzie przypomnieć. I żyć nią naprawdę.
Naturalnie niektórzy powiedzą: no dobrze, ale na te wakacje obiecane przez Jezusa trzeba sobie jeszcze zasłużyć. Odpowiem - moim zdaniem nie trzeba. Na świecie nie ma ani takich pieniędzy, ani tylu dobrych uczynków ani nawet tak wielkiego poświęcenia, za które stać nas byłoby samemu wykupić pobyt w owym kurorcie. Tak naprawdę jedyną walutą, jakiej się od nas w tym życiu oczekuje, jest wiara i miłość. Jeśli wierzymy w obietnicę Przyjaciela, wystarczy być Mu za nią wdzięcznym. I tą samą monetą obdarzać wszystkich wokół bo w końcu wszyscy zostaliśmy tam zaproszeni.
wtorek, 11 grudnia 2012
"Jezus z Nazaretu" - Joseph Ratzinger
Jak wiele osób z mojego pokolenia tęsknię za Janem Pawłem II. Nie z powodów politycznych ani nawet teologicznych, raczej emocjonalnych. Cóż, byłem młody, kiedy on przemawiał do młodych. A że umiał nas porywać to szliśmy...
Miałem w związku z tym wyrzuty sumienia, że nasz obecny papież, Benedykt XVI nie wzbudza we mnie podobnych emocji. Uznałem zatem, że należałoby bliżej go poznać, zrozumieć jego przesłanie. A ponieważ nie jestem ani politykiem, ani teologiem, postanowiłem zrobić to poprzez czytanie jego książki.
Wprawdzie część o dzieciństwie Jezusa ukazała się jako ostatnia w serii, jednak uznałem (może naiwnie), że przydałoby się czytać chronologicznie. Toteż zakupiłem, wczoraj przeczytałem (nie jest to zbyt obszerne dzieło) i... rozczarowałem się.
Wydawnictwo Znak tak oto reklamuje ową książeczkę:
Jezus z Nazaretu. Dzieciństwo jest zapisem rozmyślań Benedykta XVI. To przejmująca medytacja kapłana i efekt osobistego odkrywania tajemnicy Wcielenia.Otóż w mojej subiektywnej opinii nic w owym opracowaniu osobistego nie ma. Jest to dość elokwentny traktat teologiczno-lingwistyczny ale równie przejmujący co, dajmy na to, podręcznik do trygonometrii. Doprawdy, oczekiwałem zwłaszcza po takim wstępie, czegoś zupełnie innego. Jakiejś wrażliwości, możliwości poznania czyjejś osobistej drogi do Boga. Tymczasem jest to medytacja naukowa ale z całą pewnością nie duchowa. Może jestem tu bardziej protestancki niż katolicki, ale dla mnie wiara jest przeżyciem bardzo osobistym. Jest relacją z Jezusem jako osobą, konkretnym Człowiekiem i Bogiem, który działa i jest obecny w moim życiu. Roztrząsanie semantycznych konotacji judaizmów w Ewangelii św. Łukasza jest być może nawet bardzo odkrywcze (tego nie umiem ocenić bo, jak wspomniałem, nie jestem teologiem) ale w niczym nie przypomina osobistego świadectwa wiary. Dzieło życia Benedykta jest być może bardzo ważną lekturą dla każdego, kto interesuje się takimi zagadnieniami. Jednak tych, którzy myślą (i czują) podobnie jak ja, chciałbym przestrzec. Zbliżają się Święta, myślimy o prezentach gwiazdkowych... podarujcie tę książkę komuś z zacięciem naukowym ale nie jest to pozycja dla potrzebujących świadectwa.
piątek, 9 listopada 2012
Cashflow
Zatem, jak obiecałem, więcej na temat Roberta Kiyosaki i jego filozofii. Zacznę, jak poprzednio, odpowiedzią na postawione mi pytanie: co złego jest w dobrym inwestowaniu pieniędzy?
Moim zdaniem nie ma niczego złego. Wręcz przeciwnie, niedbałość o sprawy finansowe uważałbym za przejaw lekkomyślności. Chodzi mi tylko o zachowanie pewniej równowagi, wiele bowiem mądrości jest w twierdzeniu, że "nie możecie służyć Bogu i mamonie" (Łk 13:16).
Zacznijmy od tego, że przeczytałem mniej więcej połowę książki Kim Kiyosaki "Bogata kobieta." Z nudów, bo akurat nie miałem przy sobie nic innego do czytania. Ale poproszono mnie o opinię. Wprawdzie nie lubię ich wygłaszać, nie mając do tego podstaw, a pół książki, w dodatku nie tej, o której będę mówił, może świadczyć o kiepskiej znajomości tematu, ale tym razem musicie mi wybaczyć. Więcej po prostu nie strawię. O ile początek czyta się nawet nieźle (ciekawiły mnie losy przyjaciółek spotykających się po latach), o tyle po kilku rozdziałach, człowiekowi odechciewa się czytać w kółko o tym samym. Czyli... o niczym.
Wspomniany przeze mnie w poprzedniej notce "Bogaty ojciec" jest przez panią Kim na tyle szeroko cytowany i komentowany, że daje inteligentnemu człowiekowi pojęcie, o czym ta książka jest. Jak wspomniałem, jest o niczym, ponieważ - jak każda mowa reklamowa - jest zlepkiem sloganów powtarzanych w różnych wariantach do znudzenia. Wbrew wrażeniu, jakie usiłuje wywrzeć, nie daje żadnej konkretnej recepty na sukces finansowy.
Podstawowym sloganem obu książek, a szerzej całej filozofii państwa Kiyosaki jest zdanie: "Niech pieniądze pracują na ciebie, a nie ty na pieniądze." Cała recepta sprowadza się do zostania rentierem czerpiącym zyski z wcześniejszych inwestycji. I już. To wszystko. Jak można wokół tej prostej, w dodatku bardzo oczywistej deklaracji, stworzyć całą serię książek, programów, gier i w ogóle cały wielki biznes? Cóż, to je Ameryka, tego nie zrozumiesz...
Pierwszym, sprawdzalnym dla mnie konkretem z książki pani Kim było oszacowanie miesięcznych wydatków jednej z jej przyjaciółek. Podała ona mianowicie kwotę nieco ponad $5,000, co świadczy o tym, że książka ta powstała już kilka lat temu. Ale nawet opierając się na tych danych, nie trzeba wielkiej matematyki, aby przeliczyć, że na takie wydatki potrzeba dochodu w wysokości $60.000 w skali rocznej. Otóż, aby osiągnąć takie zyski z samych inwestycji, przy dużym szczęściu, potrzeba by kapitału dobrze powyżej pół miliona dolarów. (Przy dzisiejszym kryzysie w Stanach Zjednoczonych bylibyśmy już sporo bliżej miliona, ale to nieistotny szczegół).
Otóż niezależnie od kwoty, nie istnieją bezpieczne instrumenty finansowe dające wyższe zyski procentowe. Naturalnie nie mówię o wygranej w totka, ani nawet spekulacjach giełdowych - to wszak jest również praca, i to często zajmująca więcej godzin, niż poczciwy etat. Nie, pani Kim twierdzi, że po kilku latach inwestowania można taki zysk osiągać nie robiąc w tej sprawie nic. Hm... Słusznie. O ile wcześniej udało nam się ten kapitał zgromadzić. Z tym, że wtedy można go po prostu równie dobrze powpłacać na różne lokaty i nie robić naprawdę nic. Przy takich kwotach różnica w oprocentowaniu niweluje się po kilku latach a dla przejadania dalszych różnic trzeba by wydawać coraz więcej.
Już słyszę jak zakrzyczy mnie w tym momencie pierwszy lepszy student ekonomii: "A co z rynkiem instrumentów pochodnych?" Fakt, istnieją takie produkty i rzeczywiście, da się podobno dzięki nim osiągać zyski rzędu powyżej 50% w krótkoterminowych inwestycjach. To jednak nie są bezpieczne sposoby inwestowania a przede wszystkim są bardzo czasochłonne (co nijak się ma do porad przez nas czytanych) no i trzeba się na nich cokolwiek znać. Stracić dzięki nim można nie tylko powyżej 50% kapitału, ale nawet powyżej 200% kapitału a zanim się w ogóle przystąpi do ich używania, wypadałoby przynajmniej odróżniać swapy od warrantów i opcje od kontraktów terminowych. Umiecie? Bo ja nie, ja wziąłem te przykłady z wikipedii. Niestey, książki państwa Kiyosaki też mi tego nie tłumaczą.
Wracając do "Kobiety bogatej," poza inwestowaniem w giełdę, jej "receptą" są nieruchomości. Ja już celowo pomijam fakt, że wszelkie tego typu porady nijak się mają do polskich warunków, ale w tym miejscu nie da się nie wspomnieć, że w Polsce raczej nie ma na sprzedaż bloków mieszkaniowych. Ewentualnie można by kupować kamienice. Ale myliłby się ten, kto uznałby to za rozwiązanie problemu. Bycie właścicielem kamienicy (albo kilku) nie polega wyłącznie na odbieraniu czynszu i patrzeniu jak rośnie stan konta. Każda wspólnota mieszkaniowa i każda spółdzielnia... ba, każdy właściciel domku jednorodzinnego powie wam, że to praca bez końca. Remonty, malowanie, utrzymanie porządku, mniej lub bardziej drobne naprawy... To ja już wolę odbębnić swoje 8 godzin i resztę czasu mieć dla siebie. Dziękuję bardzo.
To tyle, jeśli chodzi o rozbicie podstawowego mitu. Nie mam chęci tracić czasu na wytykanie państwu Kiyosaki innych błędów, oczywistych dla kogoś, kto ma choćby drobne pojęcie o inwestycjach, ekonomii czy rynku nieruchomości. Znając angielski, można poczytać o nich w sieci. Podam tylko jeden przykład, też dość nieźle mi znany, jako że z racji wykonywanej pracy sporo czytam właśnie o amerykańskim rynku nieruchomości.
Odpowiedzią pana Kiyosaki na mój zarzut z akapitu powyżej (o ilości pracy dla właściciela wynajmowanej nieruchomości) jest zatrudnienie czegoś co na polskie dałoby się przełożyć jako wspólnota mieszkaniowa: odrębnej firmy zajmującej się właśnie remontami i pracami porządkowymi. Otóż każdy agent nieruchomości z jakim zdarzyło mi się rozmawiać twierdzi, że żaden rozsądny inwestor nie zatrudniłby takiej firmy ze względu na koszty. Ci, którzy zajmują się takimi inwestycjami na poważnie, sami tworzą takie firmy. Co jednak z kolei byłoby tym bardziej kosztowne, gdyby, jak dalej radzi pan Kiyosaki, posiadać te nieruchomości rozsiane po wielu miastach. Ponoć ze względu na dywersyfikację. Tu jednak nie potrzebuję nawet autorytetu amerykańskich inwestorów, żeby sam się zbuntować przeciwko bzdurze: termin "dywersyfikacja" odnosi się do portfeli inwestycyjnych i oznacza po prostu, iż nie należy kupować zbyt wielu akcji tej samej spółki, a raczej kilka pakietów różnych spółek na wypadek upadku, bankructwa, itd. Nieruchomości same z siebie nie upadają (chyba, że latami nieremontowane, ale takie ciężko byłoby wynająć za rozsądną cenę) ani nie bankrutują. Owszem, rynek nieruchomości w Stanach jest bardziej może zróżnicowany cenowo niż u nas, ale te różnice są względne i nie ma raczej obaw, że ceny wynajmu w jednym mieście nagle spadną tak gwałtownie, że trzeba się będzie ratować czynszami z innego.
Jednym słowem absurd absurdem pogania. Ale, że wszystko ładnie napisane (w końcu nie od parady pan Kiyosaki zaczynał jako speaker motywacyjny w firmie Amway), mądrymi słowami (w większości niezrozumiałymi dla przeciętnego czytelnika), w dodatku poprzeplatane oczywistościami (kto normalny chciałby pracować, gdyby nie musiał?), to się sprzedaje.
Jak powiedziałem na początku, nie mam nic przeciwko inwestowaniu pieniędzy w legalny, niespekulacyjny sposób. W końcu od tego jest giełda, akcje, obligacje i co tam komu w duszy gra. Rzecz w tym, że nie każdemu gra. Jak nie każdy będzie dobrym nauczycielem, żołnierzem czy pielęgniarką, tak samo nie każdy będzie dobrym inwestorem - a temu właśnie usiłują zaprzeczyć państwo Kiyosaki wmawiając nam, że każdy głupi to potrafi, jeśli tylko się postara. Otóż, nie każdy. Ja na ten przykład nie. Nie mam zacięcia do ekonomii tak jak nie mam go do bycia żołnierzem ani pielęgniarką. Mam za to zacięcie do bycia nauczycielem. I kaznodzieją amatorem, jak mi niektórzy cokolwiek złośliwie przygadują.
Mój największy zarzut przeciwko panu Kiyosaki jest taki, że nie sprzedaje on właściwie niczego. Tym samym sam jest jednoosobową piramidą finansową: sprzedaje wyłącznie siebie i swoje książki, które nic nikomu nie dają, poza autorem, który na nich zarabia. Jego rzekome bogactwo jest dziwnie niesprawdzalne. Jeśli znacie angielski, spróbujcie w sieci odszukać jego nazwisko jako właściciela nieruchomości czy akcjonariusza jakiejkolwiek większej spółki (w Stanach takie dane są publicznie dostępne, także w internecie). Otóż nie ma i nie tacy jak ja próbowali to sprawdzić.
I może jeszcze jedno, jeśli dotąd nie udało mi się was przekonać, że ten rzekomy guru finansowy to zwykły, sprawny naciągacz. Jedna z jego porad na temat inwestowania na giełdzie jest nielegalna zarówno w Stanach, jak i w Polsce. Wiele z pozostałych, nawet jeśli mają sens, są nie do zastosowania na polskim rynku. A reszta nie jest żadną tajemną wiedzą, na której posiadanie należałoby wydawać pieniądze czy choćby tracić czas. Dlatego na pytanie o tytułową grę pana Kiyosaki odpowiadam krótko: moim zdaniem jest to zwykła strata czasu i pieniędzy. Mając ich za wiele, wolałbym oddać biednym, niż wciskać do kieszeni szarlatanowi. Niczego pożytecznego nie nauczę się od człowieka, którego pierwsza książka nosiła tytuł: "Jeśli chcesz być bogaty i szczęśliwy, nie idź do szkoły." (oryg. "If You Want to Be Rich and Happy, Don’t Go To School," 1992).
wtorek, 6 listopada 2012
Bogaty ojciec, biedny ojciec
Zapytano mnie ostatnio, w kontekście tytułowego dzieła Roberta Kiyosaki, czy uważam spryt (z kontekstu wynikało, że chodzi głównie o smykałkę do robienia pieniędzy) za grzech. Otóż... mniej więcej w takim samym stopniu jak za grzech uważam złośliwość. Odrobina bywa zabawna, ale na ogół to mało sympatyczne zajęcie. Naturalnie zależy, co konkretnie z tym zrobimy bo wszak obie te rzeczy to cechy charakteru i tylko od nas zależy, czy będziemy je rozwijać, korzystać z nich i w jaki sposób.
Sposób, jaki proponuje pan Kiyosaki (poza tym, że właściwie niczego nie proponuje, ale o tym może innym razem) niekoniecznie mnie przekonuje. Właściwie nawet mocno mnie odrzuca. Nic dziwnego, zważywszy na mój charakter z jednej strony a fakt, iż pan Kiyosaki jest bardzo rozpoznawalnym produktem Amwaya: ich ideologia działa na mnie jak płachta na byka. Nie, proszę państwa, ja nie chcę być bogaty, dziękuję uprzejmie. Nie, nie chcę tańszego zestawu w promocji. Tak, wolę kupić drożej za to dokładnie to, co ja chcę, a nie to, co mi się wpycha... I owszem, z przyjemnością stracę tę jedyną i niepowtarzalną okazję na kredyt, polisę, nowy samochód czy co tam akurat macie do sprzedania. Cóż, taki jestem, nie muszę się zawsze i każdemu podobać.
Akurat o tym rozmyślałem i - jak czasem się zdarza - odpowiedź znalazła mnie sama w dzisiejszej Ewangelii (Łk 14,15-24)
Ludzie tacy bardzo złudnie posługują się pojęciem wolności, która w ich rozumieniu zawęża się do swobody finansowej. Dla mnie wolny jest człowiek, który pozostaje wierny sobie bez względu na zawartość portfela. Owszem, istnieją pasje, których nie da się realizować bez wkładu finansowego. Jednak czym innym jest dla mnie pracowanie, aby pozwolić sobie na przykład na wymarzoną podróż, a czym innym sprowadzanie całego życia do osiągnięcia takiego statusu materialnego, żeby podróże nie były problemem. Śmiem nawet twierdzić, że jeśli już nawet uda nam się taki status osiągnąć, wówczas owe podróże nie będą nas cieszyły tak, jak ta jedna, na którą harowaliśmy kilka lat.
Pewnie jeszcze o Kiyosakim napiszę bo zdążyłem dowiedzieć się paru rzeczy i nawet częściowo przebrnąłem przez książkę autorstwa jego żony. Z cytatów za mężem zorientowałem się, jaką to filozofię owi państwo usiłują nam sprzedać. Ale teraz zakończę inną refleksją.
Każdy z nas ma swoje woły i pola, które trzymają nas z daleka od Bożej uczty. Ja też je mam, choć w moim przypadku nie są to rzeczy materialne. Ale są. I nie wiem, co zrobić, żeby to zmienić: nie jestem w stanie nie tyle dokonać wyboru, co raczej poświęcenia. Dlatego modlę się, żeby nie było za późno na przyjęcie zaproszenia.
Sposób, jaki proponuje pan Kiyosaki (poza tym, że właściwie niczego nie proponuje, ale o tym może innym razem) niekoniecznie mnie przekonuje. Właściwie nawet mocno mnie odrzuca. Nic dziwnego, zważywszy na mój charakter z jednej strony a fakt, iż pan Kiyosaki jest bardzo rozpoznawalnym produktem Amwaya: ich ideologia działa na mnie jak płachta na byka. Nie, proszę państwa, ja nie chcę być bogaty, dziękuję uprzejmie. Nie, nie chcę tańszego zestawu w promocji. Tak, wolę kupić drożej za to dokładnie to, co ja chcę, a nie to, co mi się wpycha... I owszem, z przyjemnością stracę tę jedyną i niepowtarzalną okazję na kredyt, polisę, nowy samochód czy co tam akurat macie do sprzedania. Cóż, taki jestem, nie muszę się zawsze i każdemu podobać.
Akurat o tym rozmyślałem i - jak czasem się zdarza - odpowiedź znalazła mnie sama w dzisiejszej Ewangelii (Łk 14,15-24)
Gdy Jezus siadł przy stole, jeden ze współbiesiadników rzekł do Niego: Szczęśliwy jest ten, kto będzie ucztował w królestwie Bożym. Jezus mu odpowiedział: Pewien człowiek wyprawił wielką ucztę i zaprosił wielu. Kiedy nadszedł czas uczty, posłał swego sługę, aby powiedział zaproszonym: Przyjdźcie, bo już wszystko jest gotowe. Wtedy zaczęli się wszyscy jednomyślnie wymawiać. Pierwszy kazał mu powiedzieć: Kupiłem pole, muszę wyjść, aby je obejrzeć; proszę cię, uważaj mnie za usprawiedliwionego. Drugi rzekł: Kupiłem pięć par wołów i idę je wypróbować; proszę cię, uważaj mnie za usprawiedliwionego. Jeszcze inny rzekł: Poślubiłem żonę i dlatego nie mogę przyjść. Sługa powrócił i oznajmił to swemu panu. Wtedy rozgniewany gospodarz nakazał słudze: Wyjdź co prędzej na ulice i zaułki miasta i wprowadź tu ubogich, ułomnych, niewidomych i chromych. Sługa oznajmił: Panie, stało się, jak rozkazałeś, a jeszcze jest miejsce. Na to pan rzekł do sługi: Wyjdź na drogi i między opłotki i zmuszaj do wejścia, aby mój dom był zapełniony. Albowiem powiadam wam: żaden z owych ludzi, którzy byli zaproszeni, nie skosztuje mojej uczty.Problem w tym, że ludzie pokroju Kiyosakiego wmawiają nam, że nie ma nic ważniejszego od nowego pola, czy par wołów (od żony chwilowo się odczepię bo to jeszcze inny temat). Niestety, nie da się funkcjonować w ich świecie "na pół gwizdka." Żeby odnieść sukces o jakim trąbią leaderzy Amwayów świata, trzeba temu dążeniu podporządkować wszystko: czas, energię, rodzinę i przyjaciół. Pomijając nawet fakt, że oprócz olbrzymiego samozaparcia wymaga to jeszcze szczęścia niczym na loterii - o czym zresztą świadczy to, jak niewielu ludziom się to naprawdę udało - to nie jest dla mnie cel warty zachodu. O wiele bardziej cenię ciężką pracę - i to ja chcę pracować, a nie czekać aż zapracują na mnie pieniądze albo inni ludzie. Bez względu na to, czy mam mniej, czy więcej - mam tyle, ile zapracowałem i to daje mi satysfakcję. To jest moja wartość, a nie stan mojego konta.
Ludzie tacy bardzo złudnie posługują się pojęciem wolności, która w ich rozumieniu zawęża się do swobody finansowej. Dla mnie wolny jest człowiek, który pozostaje wierny sobie bez względu na zawartość portfela. Owszem, istnieją pasje, których nie da się realizować bez wkładu finansowego. Jednak czym innym jest dla mnie pracowanie, aby pozwolić sobie na przykład na wymarzoną podróż, a czym innym sprowadzanie całego życia do osiągnięcia takiego statusu materialnego, żeby podróże nie były problemem. Śmiem nawet twierdzić, że jeśli już nawet uda nam się taki status osiągnąć, wówczas owe podróże nie będą nas cieszyły tak, jak ta jedna, na którą harowaliśmy kilka lat.
Pewnie jeszcze o Kiyosakim napiszę bo zdążyłem dowiedzieć się paru rzeczy i nawet częściowo przebrnąłem przez książkę autorstwa jego żony. Z cytatów za mężem zorientowałem się, jaką to filozofię owi państwo usiłują nam sprzedać. Ale teraz zakończę inną refleksją.
Każdy z nas ma swoje woły i pola, które trzymają nas z daleka od Bożej uczty. Ja też je mam, choć w moim przypadku nie są to rzeczy materialne. Ale są. I nie wiem, co zrobić, żeby to zmienić: nie jestem w stanie nie tyle dokonać wyboru, co raczej poświęcenia. Dlatego modlę się, żeby nie było za późno na przyjęcie zaproszenia.
niedziela, 28 października 2012
piątek, 21 września 2012
Kazania polityczne
Jak ogólnie tytułowych nie cierpię, tak do dzisiejszej Ewangelii chętnie bym takiego wysłuchał. A że mi nie dano, to sam napiszę. I powiedzcie, czemu na tę nutę nasi księża jakoś nie umieją?
Jedno się ksiądz zająknął słusznie: że celnik Mateusz był zdrajcą narodu. Dalej już poleciał standardowo - po grzechach i pokorze. Ale ja się na tym zatrzymałem.
Bo tak. Ile się słyszy o rządzących, że zdrajcy, sprzedawczyki, złodzieje... Nie? W sumie nieważne kto, ważne że nie "nasi." A przecież tak było wtedy w okupowanym Izraelu: celnicy to kolaboranci i złodzieje bogacący się na krzywdzie zwykłych ludzi. A tu Jezus z nimi przy jednym stole. No, jakto tak? To nie z naszymi, nie ze sprawiedliwymi jadał tylko z tymi zdrajcami? No, pomyślmy chwilę. Choćby i w naszym parlamencie ukochanym - z kimże On zasiadłby w tym układzie do stołu?
Więcej wam powiem. Dzisiejsze czasy to betka w porównaniu z latami powojennymi i socjalistycznym PRL-em lat 70-tych i 80-tych. Teraz krzyczą, że Kościół prześladowany... wtedy dopiero strach było na mszę chodzić i z ludźmi rozmawiać. Agenci, ubecy, milicja, tajniacy - nigdy nie wiedziałeś kto obok Ciebie siedzi. Może tak się wtedy nasz kler zafiksował, że do dziś nie potrafi się otrząsnąć i automatycznie każda władza mu przeszkadza?
Ale to temat na inną notkę. Dziś chciałem przypomnieć, zwłaszcza czytelnikom z mojego pokolenia i starszym, że na tę samą modłę wtedy Jezus jadałby z ubekami. Bo nie do zdrowych przyszedł. Nie do uczciwych, patriotycznych, ze zdrowym kręgosłupem moralnym i właściwą hierarchią wartości. Wcale nie do "naszych". A do wątpiących, błądzących i samotnych. Do tych ze światem za pan brat, korzystających z życia, nie zawsze uczciwie. Na tych Jemu zależy. A nam? Katolikom, Kościołowi? Czy nam zależy?
Jeśli tak, to mamy dziwny sposób okazywania tego. Mnie zależy na moim synu, na dziewczynie, na najbliższych. Kocham ich i chcę dla nich jak najlepiej. Ale ja tej miłości nie okazuję narzekając na nich wiecznie, krytykując i wytykając błędy. Owszem, doradzę, kiedy pytają, najlepiej jak umiem. Ale raczej obiad dobry zrobię, na spacer zabiorę, czasu spędzimy trochę razem, pogadamy, przy stole razem usiądziemy... no właśnie.
Jakoś mi do tego nie pasuje obrażanie się, niechęć do podawania ręki, wyzwiska i ciągła krytyka. Gdzie tu jest chrześcijaństwo? Na pewno nie w mediach i nie na politycznych salonach. Żadnych zresztą - ani z prawa, ani z lewa. Ale gdzie ono jest w kościołach, ja się pytam?
Gdy Jezus wychodził z Kafarnaum, ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego w komorze celnej, i rzekł do niego: Pójdź za Mną! On wstał i poszedł za Nim. Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami? On, usłyszawszy to, rzekł: Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników.
Jedno się ksiądz zająknął słusznie: że celnik Mateusz był zdrajcą narodu. Dalej już poleciał standardowo - po grzechach i pokorze. Ale ja się na tym zatrzymałem.
Bo tak. Ile się słyszy o rządzących, że zdrajcy, sprzedawczyki, złodzieje... Nie? W sumie nieważne kto, ważne że nie "nasi." A przecież tak było wtedy w okupowanym Izraelu: celnicy to kolaboranci i złodzieje bogacący się na krzywdzie zwykłych ludzi. A tu Jezus z nimi przy jednym stole. No, jakto tak? To nie z naszymi, nie ze sprawiedliwymi jadał tylko z tymi zdrajcami? No, pomyślmy chwilę. Choćby i w naszym parlamencie ukochanym - z kimże On zasiadłby w tym układzie do stołu?
Więcej wam powiem. Dzisiejsze czasy to betka w porównaniu z latami powojennymi i socjalistycznym PRL-em lat 70-tych i 80-tych. Teraz krzyczą, że Kościół prześladowany... wtedy dopiero strach było na mszę chodzić i z ludźmi rozmawiać. Agenci, ubecy, milicja, tajniacy - nigdy nie wiedziałeś kto obok Ciebie siedzi. Może tak się wtedy nasz kler zafiksował, że do dziś nie potrafi się otrząsnąć i automatycznie każda władza mu przeszkadza?
Ale to temat na inną notkę. Dziś chciałem przypomnieć, zwłaszcza czytelnikom z mojego pokolenia i starszym, że na tę samą modłę wtedy Jezus jadałby z ubekami. Bo nie do zdrowych przyszedł. Nie do uczciwych, patriotycznych, ze zdrowym kręgosłupem moralnym i właściwą hierarchią wartości. Wcale nie do "naszych". A do wątpiących, błądzących i samotnych. Do tych ze światem za pan brat, korzystających z życia, nie zawsze uczciwie. Na tych Jemu zależy. A nam? Katolikom, Kościołowi? Czy nam zależy?
Jeśli tak, to mamy dziwny sposób okazywania tego. Mnie zależy na moim synu, na dziewczynie, na najbliższych. Kocham ich i chcę dla nich jak najlepiej. Ale ja tej miłości nie okazuję narzekając na nich wiecznie, krytykując i wytykając błędy. Owszem, doradzę, kiedy pytają, najlepiej jak umiem. Ale raczej obiad dobry zrobię, na spacer zabiorę, czasu spędzimy trochę razem, pogadamy, przy stole razem usiądziemy... no właśnie.
Jakoś mi do tego nie pasuje obrażanie się, niechęć do podawania ręki, wyzwiska i ciągła krytyka. Gdzie tu jest chrześcijaństwo? Na pewno nie w mediach i nie na politycznych salonach. Żadnych zresztą - ani z prawa, ani z lewa. Ale gdzie ono jest w kościołach, ja się pytam?
wtorek, 11 września 2012
Siedem grzechów głównych
Nie planowałem dziś pisać, ale wzburzyła mnie homilia na temat czytań:
Tytułowe siedem grzechów głównych chyba większość z nas zna, ale przypomnę jeszcze dla pewności: pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew i lenistwo. I o czym mówił ksiądz? No, o homoseksualizmie oczywiście. Owszem, wspomniał też przy okazji o korupcji, jako że niby jest tożsama ze złodziejstwem, chciwością i zdzierstwem. To niby objął większość tego, o czym mówi św. Paweł, nie? No, niby...
Mnie tylko wkurza jak Kościół mimo wszelkich deklaracji podąża za modą. Bo przecież homoseksualizm i korupcja są bardzo modnymi ostatnio tematami, prawda? I co z tego, że na porannej mszy powszedniego dnia jest grono emerytów i ewentualnie z rzadka jakiś Bogu ducha winny student przed zajęciami się zaplącze... Oni wszyscy jak nie w homoseksualizm, to w korupcję na pewno są wplątani. A jak nie, to przynajmniej muszą wiedzieć, jak się zachować.
No na litość boską! Ja rozumiem, że media, że internet, że w ogóle szatan króluje... ale zachowajmy w końcu jakieś proporcje! Jaki jest w populacji odsetek osób homoseksualnych? Wszelkie badania wskazują, że ok. 2-7% ludzi deklaruje zachowania homoseksualne. Faktycznych, "stałych" homoseksualistów, w dodatku czynnych (bo tylko takich ponoć potępiamy) jest może jakieś 2-3%. I to jest takie zagrożenie, że trzeba temat poruszać przy każdej możliwej okazji?
Z korupcją podobnie. W końcu, żeby kraść, to trzeba mieć z czego. Z jednej strony płaczemy, że kryzys, że ludzie nie mają pracy, ale te 2-3% posiadających super fuchy i robiących przekręty to temat, który każdy chrześcijanin powinien mieć opanowany dogłębnie.
A ja się zastanawiam, na ile większym problemem w naszym kraju jest chociażby alkoholizm. Jaki odsetek ludzi ma z tym problem? Nie wiem, nie chce mi się szukać statystyk. Ale wiem, że jak wyjdę na ulicę, to spotkam pijanego niemal na każdym rogu. Za homoseksualistą musiałbym się dobrze rozglądać...
Albo ile rodzin cierpi z powodu zdrady? Ile osób ma kochanków poza małżeństwem? Też nie wiem, ale mam wrażenie, że jakby też trochę więcej niż 2-3%.
Pisałem niedawno o tym, żeby nie sądzić. Nawet nie ja sam pisałem, tylko cytowałem i też św. Pawła. A tu co? Po jakie licho tym biednym emerytkom, które użerają się codziennie z wnukami albo tylko za nimi tęsknią, wiadomości na temat korupcji, albo homoseksualizmu jak nie po to, żeby wiedziały, jak się ustosunkować do kolejnej sensacji? Dlaczego zamiast prać mózgi przygotowując nas do osądzania odległych w sumie spraw, nie możemy się skupić na grzechach, które naprawdę rujnują niejedno życie?
Ech, Mater Ecclesia. I tak ją kochamy. Ale mogłaby czasem zejść na ziemię i na przykład zapytać, co robimy widząc kilkuletnie dziecko pod opieką pijanego ojca.
Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego.
Tytułowe siedem grzechów głównych chyba większość z nas zna, ale przypomnę jeszcze dla pewności: pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew i lenistwo. I o czym mówił ksiądz? No, o homoseksualizmie oczywiście. Owszem, wspomniał też przy okazji o korupcji, jako że niby jest tożsama ze złodziejstwem, chciwością i zdzierstwem. To niby objął większość tego, o czym mówi św. Paweł, nie? No, niby...
Mnie tylko wkurza jak Kościół mimo wszelkich deklaracji podąża za modą. Bo przecież homoseksualizm i korupcja są bardzo modnymi ostatnio tematami, prawda? I co z tego, że na porannej mszy powszedniego dnia jest grono emerytów i ewentualnie z rzadka jakiś Bogu ducha winny student przed zajęciami się zaplącze... Oni wszyscy jak nie w homoseksualizm, to w korupcję na pewno są wplątani. A jak nie, to przynajmniej muszą wiedzieć, jak się zachować.
No na litość boską! Ja rozumiem, że media, że internet, że w ogóle szatan króluje... ale zachowajmy w końcu jakieś proporcje! Jaki jest w populacji odsetek osób homoseksualnych? Wszelkie badania wskazują, że ok. 2-7% ludzi deklaruje zachowania homoseksualne. Faktycznych, "stałych" homoseksualistów, w dodatku czynnych (bo tylko takich ponoć potępiamy) jest może jakieś 2-3%. I to jest takie zagrożenie, że trzeba temat poruszać przy każdej możliwej okazji?
Z korupcją podobnie. W końcu, żeby kraść, to trzeba mieć z czego. Z jednej strony płaczemy, że kryzys, że ludzie nie mają pracy, ale te 2-3% posiadających super fuchy i robiących przekręty to temat, który każdy chrześcijanin powinien mieć opanowany dogłębnie.
A ja się zastanawiam, na ile większym problemem w naszym kraju jest chociażby alkoholizm. Jaki odsetek ludzi ma z tym problem? Nie wiem, nie chce mi się szukać statystyk. Ale wiem, że jak wyjdę na ulicę, to spotkam pijanego niemal na każdym rogu. Za homoseksualistą musiałbym się dobrze rozglądać...
Albo ile rodzin cierpi z powodu zdrady? Ile osób ma kochanków poza małżeństwem? Też nie wiem, ale mam wrażenie, że jakby też trochę więcej niż 2-3%.
Pisałem niedawno o tym, żeby nie sądzić. Nawet nie ja sam pisałem, tylko cytowałem i też św. Pawła. A tu co? Po jakie licho tym biednym emerytkom, które użerają się codziennie z wnukami albo tylko za nimi tęsknią, wiadomości na temat korupcji, albo homoseksualizmu jak nie po to, żeby wiedziały, jak się ustosunkować do kolejnej sensacji? Dlaczego zamiast prać mózgi przygotowując nas do osądzania odległych w sumie spraw, nie możemy się skupić na grzechach, które naprawdę rujnują niejedno życie?
Ech, Mater Ecclesia. I tak ją kochamy. Ale mogłaby czasem zejść na ziemię i na przykład zapytać, co robimy widząc kilkuletnie dziecko pod opieką pijanego ojca.
piątek, 7 września 2012
Pan jest moim sędzią
Wspaniałe pierwsze czytanie z dzisiejszej liturgii (1 Kor 4,1-5) i nowy ksiądz w naszej parafii ze swoim prostym, ale dobitnym kazaniem dali mi do myślenia.
A ja siebie sądzę nieustannie. Ciągle mam sobie coś do zarzucenia, wiecznie czuję się niegodny i grzeszny i w ogóle nie w porządku zarówno wobec Boga jak i ludzi... Może za dużo tego? Za dużo zastanawiania się nad samym sobą, koncentrowania na sobie, takiego swoistego egocentryzmu. Bo przecież to JA, to MOJE grzechy, to MNIE trzeba przebaczyć... A inni?
Ksiądz przytoczył definicję przyjaźni jaką podał papież Benedykt XVI w swojej encyklice "Caritas in Veritate" chyba. A mianowicie, że przyjaźń (także ta z Bogiem) to "wspólnota myśli i pragnień." Ciekawe, prawda? Czyli, żeby o sobie powiedzieć, że żyje się w przyjaźni z Nim, to należy dzielić Jego myśli i Jego pragnienia. Jego miłość do ludzi, Jego miłosierdzie i Jego pragnienie przebaczenia.
Takie to niby proste, ale jak spojrzymy w siebie głębiej, to czy naprawdę potrafimy innych kochać taką miłością jak On? Choćby taką, jak kochamy własne dzieci - to dla mnie najbliższa analogia. Czy potrafimy tak patrzeć na innych jak patrzymy na nasze dzieci? Z takim pobłażaniem, z taką życzliwością, z takim współczuciem?
No, myślę, że teoretycznie tak. Znaczy, jak sobie wyobrażamy jakiś bezosobowy tłum, jakąś tam "ludzkość" ogólną. Jak się postaramy, to może nawet potrafimy kochać swoją rodzinę (choć to bywa bardzo trudne na co dzień), przyjaciół, znajomych, miłą sprzedawczynię w sklepie. Ale z innymi konkretami bywa gorzej.
No, bo czy kochamy tak swojego szefa? Albo wkurzającego nas polityka, który - jak uważamy - tylko kradnie i oszukuje? A tę zdzirę spod szesnastki co nam podrywa męża? Albo nawet tego szaleńca Breivika, któremu tak wygodnie ma być w więzieniu?
I najtrudniejsze chyba sytuacje. Czy potrafimy pokochać złodzieja, który nam zabrał wszystko, na co pracowaliśmy? Albo mordercę żony? Albo gwałciciela córki? Albo żołnierzy, którzy zbombardowali nasze miasto?
Weź, człowieku, pokochaj ich wszystkich. Przebacz im, przytul, nie w formie jakiegoś skinienia głową w obojętnym "znaku pokoju" na mszy, ale szczerze, z całego serca. Pomyśl o nich tak, jak myślisz o swojej córce, czy synu: "żeby jej/jemu się tylko nic nie stało, żeby więcej głupstw nie narobił, żeby się nauczył, żeby zrozumiał i pożałował..." To już nie jest takie proste, co?
A ja zaczynam właśnie odnosić wrażenie, że to jedyne, co tak naprawdę liczy się w chrześcijaństwie. No bo przecież nie to, ile "pierwszych piątków" zaliczyłem, ile różańców odmówiłem, albo ile razy pościłem. To pewnie też potrzebne, ale chyba tylko jako jakiś zewnętrzny znak tej miłości, którą powinniśmy w sobie mieć. Nie jako cel sam w sobie.
Dlatego ten ksiądz tak powiedział o zamiarach serca. O tym, że Bóg nie tyle nas będzie rozliczał z uczynków, odliczał jak księgowy co dobrego a co złego zrobiliśmy, tylko będzie patrzył w nasze serca. I rozliczał nas z miłości, także tej najtrudniejszej. Nie z sentymentalizmu, nie z deklaracji ale i nie tylko z uczynków. A z tego, co naprawdę najgłębiej tkwi w każdym z nas. I dostaniemy to, czego pragniemy dla innych: miłosierdzie albo sprawiedliwą karę.
Mnie zaś najmniej zależy na tym, czy będąc osądzony przez was, czy przez jakikolwiek trybunał ludzki Co więcej, nawet sam siebie nie sądzę. Sumienie nie wyrzuca mi wprawdzie niczego, ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia. Pan jest moim sędzią. Przeto nie sądźcie przedwcześnie, dopóki nie przyjdzie Pan, który rozjaśni to, co w ciemnościach ukryte, i ujawni zamiary serc. Wtedy każdy otrzyma od Boga pochwałę.
A ja siebie sądzę nieustannie. Ciągle mam sobie coś do zarzucenia, wiecznie czuję się niegodny i grzeszny i w ogóle nie w porządku zarówno wobec Boga jak i ludzi... Może za dużo tego? Za dużo zastanawiania się nad samym sobą, koncentrowania na sobie, takiego swoistego egocentryzmu. Bo przecież to JA, to MOJE grzechy, to MNIE trzeba przebaczyć... A inni?
Ksiądz przytoczył definicję przyjaźni jaką podał papież Benedykt XVI w swojej encyklice "Caritas in Veritate" chyba. A mianowicie, że przyjaźń (także ta z Bogiem) to "wspólnota myśli i pragnień." Ciekawe, prawda? Czyli, żeby o sobie powiedzieć, że żyje się w przyjaźni z Nim, to należy dzielić Jego myśli i Jego pragnienia. Jego miłość do ludzi, Jego miłosierdzie i Jego pragnienie przebaczenia.
Takie to niby proste, ale jak spojrzymy w siebie głębiej, to czy naprawdę potrafimy innych kochać taką miłością jak On? Choćby taką, jak kochamy własne dzieci - to dla mnie najbliższa analogia. Czy potrafimy tak patrzeć na innych jak patrzymy na nasze dzieci? Z takim pobłażaniem, z taką życzliwością, z takim współczuciem?
No, myślę, że teoretycznie tak. Znaczy, jak sobie wyobrażamy jakiś bezosobowy tłum, jakąś tam "ludzkość" ogólną. Jak się postaramy, to może nawet potrafimy kochać swoją rodzinę (choć to bywa bardzo trudne na co dzień), przyjaciół, znajomych, miłą sprzedawczynię w sklepie. Ale z innymi konkretami bywa gorzej.
No, bo czy kochamy tak swojego szefa? Albo wkurzającego nas polityka, który - jak uważamy - tylko kradnie i oszukuje? A tę zdzirę spod szesnastki co nam podrywa męża? Albo nawet tego szaleńca Breivika, któremu tak wygodnie ma być w więzieniu?
I najtrudniejsze chyba sytuacje. Czy potrafimy pokochać złodzieja, który nam zabrał wszystko, na co pracowaliśmy? Albo mordercę żony? Albo gwałciciela córki? Albo żołnierzy, którzy zbombardowali nasze miasto?
Weź, człowieku, pokochaj ich wszystkich. Przebacz im, przytul, nie w formie jakiegoś skinienia głową w obojętnym "znaku pokoju" na mszy, ale szczerze, z całego serca. Pomyśl o nich tak, jak myślisz o swojej córce, czy synu: "żeby jej/jemu się tylko nic nie stało, żeby więcej głupstw nie narobił, żeby się nauczył, żeby zrozumiał i pożałował..." To już nie jest takie proste, co?
A ja zaczynam właśnie odnosić wrażenie, że to jedyne, co tak naprawdę liczy się w chrześcijaństwie. No bo przecież nie to, ile "pierwszych piątków" zaliczyłem, ile różańców odmówiłem, albo ile razy pościłem. To pewnie też potrzebne, ale chyba tylko jako jakiś zewnętrzny znak tej miłości, którą powinniśmy w sobie mieć. Nie jako cel sam w sobie.
Dlatego ten ksiądz tak powiedział o zamiarach serca. O tym, że Bóg nie tyle nas będzie rozliczał z uczynków, odliczał jak księgowy co dobrego a co złego zrobiliśmy, tylko będzie patrzył w nasze serca. I rozliczał nas z miłości, także tej najtrudniejszej. Nie z sentymentalizmu, nie z deklaracji ale i nie tylko z uczynków. A z tego, co naprawdę najgłębiej tkwi w każdym z nas. I dostaniemy to, czego pragniemy dla innych: miłosierdzie albo sprawiedliwą karę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












