wtorek, 30 kwietnia 2013

Ideologia gender



Zacznijmy od tego, że poza przekazem katolickim nigdzie się z tym terminem nie spotkałem. Nie znalazłem żadnego manifestu, programu czy choćby grupy wyznającej ową, tak ponoć modną, ideologię. Wiem tylko, że gender to dziedzina nauki, z pogranicza bodaj psychologii i socjologii, zajmująca się społeczną rolą płci w zachodniej kulturze.


 Jeśli cokolwiek postulują specjaliści tejże nauki, to jest to zmniejszenie stereotypizacji w wychowaniu człowieka od najmłodszych lat. Pokazanie, że nie każdy chłopiec lubuje się wyłącznie w samochodzikach i pistoletach, a nie każda dziewczynka interesuje się lalkami i chce mieć długie włosy. Większość z pewnością tak, ale psychologom chodzi raczej o podążanie za potrzebami dzieci w tej dziedzinie, niż ich usilne apriori kształtowanie.

Czy są to dobre postulaty, tego nie wiem, jako że psychologia jest mi raczej obcą dziedziną. Ale nie jest to żadne czary-mary i z całą pewnością nie ma nic wspólnego z bredniami, jakie na ten temat ostatnio wysłuchuję od różnych księży.

To, że "każdy może sobie wybrać, czy jest mężczyzną, czy kobietą," to wierutna bzdura i nikt rozsądny czegoś takiego nie powtarza. Taki problem dotyczy może kilku osób na każde 100.000 ludzi, czyli jakiegoś ułamka procenta. Są to ludzie z zaburzeniami tożsamości płciowej (to także termin psychologiczny). Pozostała, znakomita większość społeczeństwa, nawet postawiona przed takim wyborem już w bardzo wczesnym dzieciństwie wątpliwości tutaj nie ma. I mieć nie będzie, cokolwiek by na ten temat sądzili eksperci w sutannach.

Owszem, są bzdury i z drugiej strony, tego nie neguję. Podobnie jak rasowa poprawność polityczna tak i usiłowanie zniesienia dyskryminacji na tle orientacji lub tożsamości płciowej, niesie czasem ze sobą absurdy. Takim absurdem jest dla mnie na przykład postulat nazywania ojca i matki rodzicem 1 i rodzicem 2. To akurat po to, aby nie urazić rodziców homoseksualnych.

Ja już kiedyś pisałem, że homoseksualne jest jakieś 7% populacji. Załóżmy, że większość z tej grupy jest w stałych związkach, to daje powiedzmy 6% ogólnej populacji. Załóżmy dalej (co jest chyba już sporym nadużyciem, ale ja nie jestem socjologiem), że większość z tych związków wychowuje dzieci. To takich dzieci, które faktycznie potrzebują w dokumentach niepodkreślania płci rodziców jest może 5% wszystkich. I nie rozumiem, dlaczego z tego powodu pozostałe 95% dzieci musi się temu podporządkować. To nie można stworzyć oddzielnego wzoru dokumentu dla tych, którzy tego potrzebują? Bo co, biurokracja się zawali?

Inny przykład: wyrzucić z podręczników i lektur dla najmłodszych określenia mama i tata jako tworzących rodzinę. A po co? Czy coś to zmienia? Aby pokazać, jak bardzo w tym momencie nie doceniamy prostoty i naturalności dzieci, przytoczę anegdotkę, którą przeczytałem kiedyś na Facebooku. W tłumaczeniu brzmiała mniej więcej tak:

"Jako że mój brat jest homoseksualistą, stanąłem przed niewyobrażalnie trudnym i przerażającym zadaniem przekazania mojej pięcioletniej córce prawdy na temat homoseksualizmu. Spytała mnie bowiem: "Tato, czemu wujek Ralph jak do nas przychodzi, to trzyma za rękę wujka Paula?" Zebrałem się w sobie i odpowiedziałem. "Bo wiesz, oni są zakochani." Córka popatrzyła na mnie badawczo. "Tak jak ty i mama?" spytała. "Tak," odparłem z drżeniem. "Acha," ona na to. "A mogę dostać ciastko?"

Są w naszym społeczeństwie (używam tego terminu szeroko - w znaczeniu dzisiejszej zachodniej cywilizacji, a nie konkretnie państwa polskiego) przedziwne trendy. Przewrażliwienie na temat poprawności politycznej jest jednym z nich. Podobnie, jak nieznane jeszcze szerzej nad Wisłą zjawisko "odwrotnego rasizmu," polegające między innymi na tym, że można wyrażać dumę ze swoich korzeni etnicznych będąc latynosem, murzynem czy indianinem, ale już nie białym człowiekiem. Albo skutek parytetów rasowych, kiedy ludziom o kolorowej skórze łatwiej jest dostać się do prestiżowej szkoły, niż białemu o identycznych osiągnięciach.

Osobiście jednak, wolę świat z takimi absurdami, niż ideologią Ku-Klux-Klanu. Sądzę, że jest to chwilowe wychylenia wahadła w drugą stronę, może konieczne błędy w rozwoju, ale doceniam, że ten rozwój idzie w dobrym kierunku. W dodatku całkiem zgodnym z Nowym Testamentem, który uczy, że "Bóg nie ma względu na osoby" i że wszyscy jesteśmy przed Nim równi.

Tymczasem u nas Kościół głosi coś przedziwnego. Właśnie w ostatnią niedzielę, w mojej parafii, usłyszałem kazanie na temat tu omawiany. W kontekście aktualnego wersu z Ewangelii: "Abyście się wzajemnie miłowali tak, jak ja was umiłowałem"... Jednym tchem ksiądz od ołtarza zachwycał się tą miłością i kpił z osób o odmiennej orientacji i zaburzeniach tożsamości płciowej powtarzając, że nie na tym polega ta miłość.

Że co, przepraszam? Miłość nie polega na akceptowaniu (celowo nie używam tu słowa tolerancja, zachowam je na koniec tej notki) bliźniego niezależnie od jego rasy, wyznania, poglądów i orientacji? Nie polega na noszeniu jego krzyża i służeniu mu? Czy też może taki "zaburzony" nie jest moim bliźnim?

Na czym więc ta chrześcijańska miłość polega? Na mieszaniu z błotem, obrażaniu i ośmieszaniu ludzi? Taką miłość poczuła niedawno pani Agnieszka Ziółkowska w imieniu wszystkich osób poczętych in vitro. Jakoś rozumiem jej reakcję, i zaczynam ją podzielać. Ten Kościół już przestaje być moim Kościołem. Nie potrafię dłużej identyfikować się z instytucją głoszącą tak wielką hipokryzję.

Słyszę bowiem, jak to "określone środowiska," "dzisiejszy świat," "manipulujące człowiekiem media" powtarzają oszczerstwa przeciw Kościołowi i jak to prawdziwy chrześcijanin nie powinien ulegać takim ideologiom "cywilizacji śmierci". Że nie powinniśmi bezmyślnie podążać za modą. I znowu tym samym tchem ksiądz opowiada własne ideologie, tworzy własną, kościelną modę (widoczną choćby w powyższych sformułowaniach) i sprzedaje podobne bzdury tyle, że z drugiej strony barykady.

Do aluzji politycznych dotąd w swojej parafii miałem szczęście. Nie było ich. Ot, czasem coś się proboszczowi wyrwało, ale to najwyżej w paru zdaniach i szybko wtedy zmieniał temat. Dotąd kazania były na temat Ewangelii i nauki życia chrześcijańskiego. Teraz nie wiem, czy się proboszcz zmienił, czy wytyczne biskupów (bo to wcale nie nowi, młodzi księża tak zaczynają), ale takich dyrdymałów dla katolickich lemingów jest coraz więcej. I tu się kończy powoli moja tolerancja. Bo nie o argumenty chodzi. Nie o to, czy Kościół broni słusznej, czy niesłusznej sprawy. Ale o to, że włazi z butami w to samo błoto, które piętnuje. Obraża, wyśmiewa i powtarza ignoranckie, zasłyszane wcześniej pojęcia, których nawet do końca nie rozumie.
















wtorek, 16 kwietnia 2013

Kościół dla ubogich

Dawno nie pisałem, ale mam nadzieję, że jeszcze ktoś mnie czyta. Nie znaczy to, że nie przeżywałem abdykacji Benedykta, że nie zachwycam się - jak wszyscy - papieżem Franciszkiem. Po prostu nie miałem nic do powiedzenia. Jako sceptyk, a może i cynik, czekałem na coś konkretnego.

Konkretem okazała się reakcja  niektórych naszych kościelnych hierarchów na pierwsze i na razie chyba podstawowe przesłanie nowego papieża. A mianowicie ględzenie o ewangelizacji jako podstawowej roli Kościoła, transcendentym i w ogóle najlepiej wyłącznie metaforycznym rozumieniu ubóstwa i ubogich, itd.

Ostatnimi czasy do ubogich nie należę. I odkąd nie należę, staram się pomagać innym w miarę możliwości. Ale wiele lat życia spędziłem w strachu o to, czym następnego dnia nakarmię siebie i swoje dziecko. Wiem, co to jest ubóstwo choć nie do końca. Bezdomność znam raczej z młodzieńczych przygód, niż autentycznej walki o przetrwanie i tu zapewne nie wystarcza mi nawet wyobraźni. Ale szacunek mam.

Powiem wam, z czym mnie się kojarzy Kościół ubogi i dla ubogich. Nie z czarnymi butami papieża i brakiem tiary czy pelerynki. Kojarzy mi się z sytuacją, w której osoba choćby taka jak na zdjęciu, często wysiadująca pod kościołem przed mszami i nabożeństwami, po skończonej liturgii jest witana przez księdza i prowadzona na plebanię na obiad. Proszę mi nie zawracać głowy wielkimi programami "nowej ewangelizacji," sympozjami liderów chrześcijańskich, tweeterem w wykonaniu biskupów i tym podobne. Proszę mi pokazać, jak ludzie Chrystusa naśladują Go w karmieniu ubogich, pojeniu spragnionych i przyodziewaniu nagich. Nie tylko delegują do tego siostry, najlepiej jeszcze egzotyczne, na końcu świata od Matki Teresy.

Jak powiedziałem, wiele lat życia spędziłem w ubóstwie. Nie tak skrajnym, to prawda, ale też przez to nie tak rzucającym się w oczy. Poza wąskim kręgiem znajomych o moim ubóstwie nie wiedział nikt. Żaden ksiądz też nie. Ale też i żaden się nie zainteresował. Po kolędzie przyszedł, głową i "spryskiwaczem" pokiwał, kopertę wziął i nawet nie upomniał, że na mszę nie chodzę bo nie miał o tym pojęcia. A skąd miałby mieć? Czy w ogóle kiedykolwiek usiłował poznać kto w tym bezimiennym tłumie stoi? Może poza kilkoma najaktywniejszymi parafianami, paroma osobami co ostatnio zamawiały msze, jednym czy drugim krnąbrnym gimnazjalistą nikogo przecież nie zna.

Wiecie, co najbardziej jak dotąd ujęło mnie w gestach papieża Franciszka? Nie jego buona sera, nie żelazny krzyżyk, nawet nie podróż autobusem czy śniadania w hotelowej stołówce. Ale jego wyjście przed drzwi kościoła po którejś z pierwszych mszy i rozmowy z parafianami. Z konieczności krótkie (bo każdy chciał) i sterowane przez ochronę (bo w końcu nic nie wiadomo), ale jednak. Takie sceny widywałem dotąd wyłącznie w amerykańskich serialach z pastorem a nie księdzem w roli głównej.

Uświadomiłem sobie po uczestnictwie w pewnej wspólnotowej liturgii, gdzie ksiądz od ołtarza zawołał po rozesłaniu jakąś Magdę, czy Łukasza do zakrystii, że tego mi strasznie brakuje. Księdza, który znałby mnie po imieniu, który wyciągnąłby do mnie rękę na przywitanie. I brakuje mi świadomości, że gdyby wszystko inne zawiodło, to zawsze mógłbym pójść, czy chociaż dziecko posłać na plebanię na miskę ciepłej zupy.

Owszem, ewangelizować trzeba. Ale czemu nikt księżom w seminarium nie wtłacza do głowy, że najlepiej ewnagelizuje się - tak jak w ogóle wychowuje - własnym przykładem? Niestety, do tego nie wystarczy świetlany przykład jednego papieża, choć wciąż mam nadzieję, że on coś zmieni. Zmieni proboszczów i wikarych, a może nawet kiedyś i biskupów? Zmieni patrzenie na kościoły jak na budynki w których tylko odprawia się kadzidlane liturgie i na plebanie jak zamki warowne o biskupich rezydencjach milcząc już miłosiernie. Niech one będą miejscem, w którym można spotkać przyjaciela, człowieka, który pomoże, wysłucha, a nie tylko oceni, kasę weźmie i papierek podpisze.

Zróbmy to, proszę księdza. Wywieśmy na drzwiach nie tylko godziny otwarcia kancelarii parafialnej, ale też godziny spotkań każdego księdza, godziny otwarcia salki na świetlicę, jadłospis dla potrzebujących, plan zajęć dla dzieci... cokolwiek. Otwórzmy plebanie i zaprośmy ludzi. Tych "braci Moich najmniejszych," którym mamy służyć. Jestem pewien, że przyjdą, jeśli tylko poczują się naprawdę zaproszeni.

Nie mówię, że mamy od razu zamieniać kościoły w noclegownie. Papież, mam wrażenie, też tego nie powiedział. On tylko pokazał, że własne świadectwo jest mocniejsze niż najpiękniejsze słowa. Ot, taka stara prawda.

niedziela, 10 marca 2013

Współcześni faryzeusze



Już dawno miałem tę notkę napisać, ale powiem wam, że abdykacja papieża wytrąciła mnie z równowagi. Nie będę o tym pisał, nie wiedziałbym co napisać. "Duch wieje, kędy chce," to chyba jedyna refleksja na jaką mnie stać. Znamienitsze ode mnie pióra przekazały już na ten temat chyba wszystko, co można było, zobaczymy co jest za następnym zakrętem.

A temat faryzeuszy do mnie powraca ostatnio w wielu publikacjach, które czytam, w prywatnych rozmowach i homiliach najprzeróżniejszych i chciałem podzielić się refleksją. Bo tak, wszyscy wiemy, że faryzeusze to ci czyści, bogobojni, spełniający wszystkie pobożne uczynki i w ogóle porządni ludzie. A jednak to z nimi Jezus toczył największe spory. Nie z grzesznikami, łajdakami, złodziejami i kobietami lekkich obyczajów, a właśnie z tymi wzorami cnot wszelakich. I nie dlatego przecież je toczył, żeby ich nawracać na chrześcijaństwo. Znaczy dlatego, ale nie w takim znaczeniu jak dziś często się skrótowo przedstawia.

W dyskusjach z faryzeuszami nie chodziło przecież o to, że oni wyznawali judaizm, tylko jak go wyznawali. Dlatego widzę dzisiaj we współczesnym Kościele taką powtórkę z historii. Nawet nie wśród kleru, bo podział nie przebiega tu po linii święceń, ale w ogóle wśród wierzących. To postawa z którą sam wielokrotnie w tym blogu polemizowałem: przekonanie, że będąc praktykującym, konserwatywnym katolikiem, mam pełne prawo do zbawienia i w dodatku mam jeszcze moralny (wręcz ewangeliczny) obowiązek pouczać innych o tym, co jest grzechem i co robią źle.

Uczciwie przyznam, że zamierzałem sobie troszeczkę po tych postawach "pojechać," wypunktować co ja uważam za ich grzech i błąd. Ale o wiele lepiej zrobił to już za mnie ojciec Kramer w swoim świetnym wpisie Zgred. A w dodatku w dzisiejszej Ewangelii to nie historia syna marnotrawnego do mnie najmocniej dotarła, ale właśnie odpowiedź Ojca do starszego syna: "Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy."

Zarówno z opowieści znajomych jak i z internetu i własnego życia znam paru takich właśnie "zgredów." Tych, którzy uważają, że sami żyją pobożnie i dobrze więc ja im nie podskoczę. No, to nie będę podskakiwał. Nie raz tu pisałem, że ja z tych, co wolą na Boże miłosierdzie liczyć, bo Jego sprawiedliwość by mnie zgubiła. Jestem świadomy swojego grzechu. Często nawet boleśnie świadomy. A z krytyki chwilowo zrezygnuję. Bo oni przecież faktycznie są przy Nim i wszystko do nich należy. Jeśli rzeczywiście są tak mocni, na jakich wyglądają, to dobrze. Naprawdę: chwała im za to. Dla mnie są starszymi braćmi, z których chciałbym brać przykład. Nawet, jeśli bywają nieznośni w swojej pewności siebie, czy wręcz arogancji.

W mojej parafii rozpoczęły się dziś rekolekcje. Dużo będzie do przemyślenia. Na razie, z pierwszej nauki przytoczę wam tylko ciekawą anegdotkę, jaką nam opowiedział ksiądz, a która chyba dobrze mnie podsumowuje.

Otóż, był sobie pewien bardzo srogi bosman, który codziennie rano i wieczorem gorliwie się modlił. Nie ukrywał, że jest człowiekiem wierzącym i modlącym się. Ale był to bardzo twardy człowiek, niemal okrutny dla swoich podwładnych. Trzymał ich żelazną ręką, klął na nich jak szewc i pomiatał straszliwie. Pewnego razu, jeden z młodszych marynarzy odważył się zadać mu pytanie: "Panie bosmanie, jak pan to godzi? Mówi pan że wierzy, że się modli, a potem bluzga na nas straszliwie całymi dniami?" Bosman spojrzał na niego ostro i huknął: "Młody! A ty masz pojęcie co by się na tej łajbie działo, gdybym ja się nie modlił?!"

czwartek, 7 lutego 2013

Drogi do Boga



Jeszcze na fali dyskusji o tęczowych związkach, nazywaniu grzechu po imieniu i całym tym jazgocie. Kiedyś, chyba jakiś mądry ksiądz powiedział mi tak: "Stary, nie ma cudów, są tylko dwie drogi do zbawienia - albo przez sprawiedliwość, albo miłosierdzie." ** Cóż, ja tam na sprawiedliwość jestem za chudy, toteż zdecydowanie optuję za miłosierdziem. Coś w tym chyba jest, skoro Jezus powiedział:
Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników. (M 2,17)
Powiedział również:
Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. (Mt 7,1-2)


Staram się nie sądzić. Czasem mi nie wychodzi, jak każdemu, ale naprawdę się staram. I w pewnym sensie podziwiam odwagę i wiarę tych praworządnych katolików, którzy z ogromną pewnością siebie wydają sądy o tym, co jest grzechem a co nie, decydują jaka miłość jest prawdziwa a jaka egoistyczna, znają serca i motywy ludzi innych niż oni. Podziwiam, bo sam nie miałbym odwagi tak wyrokować.

Próbuję czasami na jednym czy drugim forum wdawać się w dyskusje, chciałbym zrozumieć poglądy tych ludzi, może dociec co leży u źródeł takiego autorytatywnego moralizatorstwa. Może to jakieś zmęczenie relatywizmem dzisiejszego świata? Chęć poukładania wszystkiego w jakieś szufladki, żeby ta wielokolorowa plama współczesnej cywilizacji zyskała jakieś wyraźnie kontury, czerń i biel, konkretny kierunek?

Mam jednak wrażenie, że tak było jeszcze kilka lat temu. Podobne poglądy głosili ludzie, którzy wydawali mi się pogubieni, poszukujący jakichś jednoznacznych autorytetów i przejmujący ich ogólny ton. Dzisiaj już nawet tego nie widzę. Widzę natomiast - a właściwie głównie czytam - powtarzane w kółko i bez większego zrozumienia wciąż te same frazesy. Dlaczego sądzę, że bez zrozumienia? Otóż bywa, że ktoś przyczepi się do mojego - faktycznie czasem sarkastycznego - tonu wypowiedzi, kompletnie ignorując meritum sprawy i nawet nie zauważając postawionego pytania. Innym razem komuś w trakcie dyskusji o związkach partnerskich nagle przypomną się argumenty używane zwykle z okazji przeciwko in vitro... I klepie tak jeden z drugim a na najprostsze pytania odpowiedzieć nie potrafi.

Ja w tej chwili tak już jestem obyty z tymi farmazonami, że gotów byłbym zagrać w grę: rzuć hasło, a ja powiem Ci przeciwko czemu to argument. Nie wierzycie? Proszę bardzo: Prawo naturalne - homo (ewentualnie trans) seksualizm. Komercja - aktualnie Walentynki (wcześniej Boże Narodzenie). Wyręczanie państwa - Owsiak. New Age - Harry Potter. Uprzedmiotowienie dziecka - in vitro. Uprzedmiotowienie partnera - związki partnerskie. Niczym teleturniej "Jaka to melodia" - wystarczy mi jedna nutka. I co, nie mam racji?

Nie wspomnę już o tym, że wystarczy poczytać przez chwilę jeden katolicki portal - a już zna się te wszystkie argumenty. I one wszędzie są powtarzane do znudzenia. Żeby było ciekawiej, różnicy nie robi nawet cytowanie autorytetów kościelnych, które czasami nie są wcale tak jednoznaczne. Nieważne. Fakty też nieważne. Jeśli fakty się nie zgadzają z moją opinią, tym gorzej dla faktów.

To już nie jest zagubienie i próba przylgnięcia do czegoś, co jest trwałe, niezmienne i jednoznaczne. Ta zaprawa już stwardniała i teraz, mili moi, to już jest beton. Czasem chamski niczym w telewizji (a tak), czasem przybrany pewną kulturą, ale jednakowo mocny i nie do skruszenia.

Taka jest moim zdaniem twarz współczesnego faryzeizmu. Ale o tym chciałem napisać oddzielną notkę. Tę zakończę pocieszeniem, że nie jest to jedyna twarz Kościoła Katolickiego. Może ostatnio najczęściej widziana i słyszana, ale nie jedyna. Kościół jest różnorodny i Bogu niech będzie za to chwała. Chór, w którym wszyscy śpiewaliby jednym głosem brzmiałby może i potężnie, ale nudno. Dlatego dobrze, że obok tego betonu jest też miejsce dla takich relatywistyczno-hedonistycznych anarchistów jak wasz niżej podpisany.

**

Pojęcia nie mam, skąd wyjąłem to zdanie. Usłyszałem, przeczytałem, a być może nawet sam je kiedyś wymyśliłem. Ale nawet jeśli tak, to sami przyznacie, że nie jest głupie.

sobota, 2 lutego 2013

Męska wiara

Kolejny modny ostatnio temat. Może ja akurat nie powinienem się na niego wypowiadać... Uważam, że męska wiara nie różni się wcale tak bardzo od kobiecej ponieważ obie są po prostu ludzkie. Bo przede wszystkim jesteśmy ludźmi a dopiero potem kobietami i mężczyznami. Ale temat mnie atakuje, a że również bywam zafascynowany (choć nie do końca się we wszystkim zgadzam) ideami Johna Eldredge'a, to podejmę polemikę.

Nurtem przewodnim wydaje się pytanie, czemu w Kościele jest tak mało mężczyzn. Dla mnie odpowiedź akurat jest prosta. Ponieważ większość wierzących mężczyzn zostaje księżmi. Gdybyśmy mieli kapłaństwo kobiet, proporcje byłyby zapewne odwrotne. I tyle. Większej filozofii to ja w tym nie widzę.

Na fali tego modnego tematu odkryłem na FB portal Banita. Na początku dawał nadzieję, że będzie to coś ciekawego. Osobiście liczyłem na jakieś ciekawe świadectwa, mądre artykuły, nawiązania do książki wspomnianego autora "Piękny Banita." Cóż, póki co okazuje się, że niestety. Jak większość tego typu fejsbukowych stronek, ogranicza się do publikowania ckliwych obrazków z równie ckliwymi tekstami - tyle, że w konwencji rymcymcerskiej. A ponieważ u samego Eldredge'a razi mnie jego kowbojskość, to sama otoczka tutaj też nie wzbudza mojego entuzjazmu. Prawda jest taka, że większość "tęsknot męskiej duszy," jak brzmi podtytuł sztandarowej pozycji Eldredge'a "Dzikie serce," to ja miałem w wieku 10 lat. Dzisiaj, w wieku 40-tu mam trochę inne. Ale, może ja nie jestem typowy.

Gdybym miał się uprzeć i jednak scharakteryzować jakoś tę męską wiarę to, po odrzuceniu otoczki zostałoby mi... działanie. A raczej współdziałanie. Nie wykluczające emocji czy kontemplacji, ale może ciut bardziej praktyczne. Oto moje doświadczenie wiary:

Całe dorosłe życie facet uczy się przyjmować odpowiedzialność za innych. Za żonę, dzieci, uczniów w szkole (ja byłem nauczycielem), współpracowników, itd. Może dlatego, że mój syn jest wciąż jeszcze za młody, ja nigdy nie miałem rodzeństwa a w dodatku jestem zdeklarowanym samotnikiem, zawsze gdzieś podświadomie brakowało mi współpracy. Takiej opartej na męskim zaufaniu i przyjaźni. Takiej, gdzie mógłbym powiedzieć komuś "zrób to," i nie oglądać się, czy on to zrobi ani nie musieć sprawdzać wyników.

Myślę, że dlatego tak naprawdę wielu z nas lubi filmy akcji, wojenne lub policyjne epopeje. Nie tylko ze względu na samotne bohaterstwo twardzieli, którzy imponują. Ale właśnie dlatego, że w tych klimatach często jest drużyna: jeden ufa drugiemu, każdy może polegać na towarzyszach nawet własnym życiem. Jak gliny w akcji: ja idę pierwszy, ale wiem, że partner mnie ubezpiecza. No, takiego partnera właśnie potrzebuję w Jezusie. I on takim partnerem jest i potrafi być, jak nikt inny. Dla mnie to właśnie jest sedno tej całej męskiej wiary. Bez potrzeby pobrzękiwania szabelką czy wywijania lassem, ale w codziennym życiu, niekoniecznie w akompaniamencie fajerwerków i wybuchających samochodów.

Wczoraj, po szczególnie aktywnym dniu, wypełnionym właśnie nie okrzykami wojennymi ale mnóstwem spraw do załatwienia, potrzebą działania i opiekowania się innymi nie mogłem zasnąć. Przez głowę przelatywały mi dziesiątki, jeśli nie setki scenariuszy kolejnych wydarzeń, zastanawiania się co należy jeszcze zrobić, co mogłem zrobić inaczej, jak rozwiązać ten lub inny problem, itd. Zazwyczaj w modlitwie "oddawanie spraw" Bogu było dla mnie jakąś rutynową mantrą. Czymś, co powtarzałem właściwie automatycznie, bez głębszego zastanowienia. Ot tak, bo przecież na tym polega wiara.

I właśnie wczoraj, pewnie pod wpływem świeżej lektury "Pięknego Banity," usiadłem w łóżku i zacząłem się naprawdę modlić. Po kolei oddawać te wszystkie sprawy, którymi się tak martwiłem. Tym razem nie machinalnie ale tak, jakbym dzielił się zadaniami z przyjacielem. Mówiłem: "dobra, to trzeba rozwiązać. To ja zrobię tak i tak, a Ty załatw resztę, OK?" OK. Wierzcie mi. Z każdą kolejną sprawą czułem jak ciężar stresu na moich ramionach maleje a ja się odprężałem. Trwało to może z pół godziny bo spraw faktycznie nagromadziło się sporo. Ale kiedy już przekazałem naprawdę wszystko, położyłem się z powrotem i zasnąłem jak niemowlak. A dziś obudziłem się wypoczęty, jak dawno już nie pamiętam.

Myślę, że to dlatego ponieważ w końcu odkryłem, że naprawdę miałem z kim podzielić się odpowiedzialnością. Nie, żeby się wygadać, jak dotąd czyniłem - to chyba właśnie ta kobieca potrzeba wiary - ale żeby załatwić coś konkretnego. Delegować część odpowiedzialności wiedząc, że Partner nie zawiedzie zaufania. Wiedząc, że On pomoże i nie upuści krzyża po drodze.

Może ja nie jestem typowy. Może już po prostu jestem za stary. Ale te wszystkie inicjatywy, jakie ostatnio widzę w postaci Banity właśnie, Lwa Judy, męskich plutonów różańca, itd - jakoś do mnie nie trafiają. Pomijając fakt, że zdjęcie Mela Gibsona opatrzone jakimś tam motywującym tekstem jest dla mnie równie kiczowate, co obrazki z malowniczymi wschodami słońca (choć te akurat wolę oglądać, tyle że w naturze). Męskość nie przejawia się w konwencji obrazków. Męskość jest w działaniu.

Gdzieś niedawno wpadł mi w oczy tekst jakiejś świętej (więc proszę mnie tu nie posądzać o seksizm), że kobieca wiara polega na "odkrywaniu Boga między garnkami i rondlami." Zatem nie na romantycznej kolacji przy świecach, nie na wielkim oszałamiającym balu, tylko w zwykłej, powtarzalnej codzienności. Analogicznie zatem, męskie szukanie Boga na polu walki, z karabinem w ręku i w pióropuszach dymu jest tylko ckliwym marzycielstwem. Jego trzeba szukać stojąc w korku do pracy, targając siatki z zakupami i trzepiąc dywany. A wielkie bitwy, podobnie jak wielkie bale można sobie urządzać od święta. Ot, co.

czwartek, 31 stycznia 2013

Związki partnerskie

Szczerze mówiąc męczy mnie ta cała histeria. Jednak jakość argumentów, jakie w tej sprawie czytam, przyprawia mnie o szczękościsk, toteż nie mogę nie napisać tej notki.

Właściwie jedyną mądrą wypowiedź w całej tej sprawie przeczytałem jest tutaj: Liberte w dodatku... nie zgadzam się z nią. Ale, po kolei.

Nie rozumiem, dlaczego nigdzie nie zostało to wprost wytłumaczone. Albo wszyscy posługują się jakimś gigantycznym skrótem myślowym, albo nikt tak naprawdę nie wie, o co chodzi. Otóż związki partnerskie w żaden sposób nie zagrażają przecież już istniejącym małżeństwom. Ani, tak naprawdę, tym wierzącym ludziom, dla których ślub kościelny jest najważniejszy (z takich, czy innych powodów). One grożą może faktycznie tym, że w przyszłości więcej młodych ludzi będzie wolało zaangażować się połowicznie i na próbę. Już teraz niektóre młode pary tak robią, mieszkając ze sobą przed, lub w ogóle bez ślubu. Owszem, gdyby takie rozwiązanie dla nich wprowadzić, część może poszłaby te pół kroku do przodu zamiast zrobić cały. Trudno powiedzieć, ile statystycznie by to wypadło. Ale takie zagrożenie rzeczywiście istnieje, bez względu na to, jak naukowo i prawniczo będziemy analizować naszą konstytucję.

Nie jest to wprawdzie jedyny powód, dla którego osobiście jestem przeciwny związkom partnerskim dla par heteroseksualnych, ale ten argument do mnie trafia. Poza tym, uważam, że instytucja związków partnerskich jest zwyczajnie redundancyjna wobec małżenstwa. Zupełnie inaczej sprawa wygląda wobec związków partnerskich dla par homoseksualnych i tutaj właśnie ilość wypowiadanych bzdur doprowadza mnie do rozpaczy.

Przede wszystkim, homoseksualizm nie jest zaraźliwy. Nie istnieje coś takiego, jak "propaganda homoseksualna" bo nikt nie jest w stanie zmienić swojej orientacji seksualnej. Zresztą ani w jedną, ani w drugą stronę. Nie jest to również żadna "moda" bo homoseksualizm jest równie stary jak ludzkość, a być może nawet starszy, jeśli uświadomić sobie, że najpierw Pan Bóg stworzył zwierzęta. Wśród populacji ludzkiej, jak kiedyś pisałem, jest to odsetek ok. 5-7% i jak nie zmieniło się to przez ostatnie 2 miliony lat, tak nie ma powodu nagle zmieniać się teraz.

Ktoś wypowiedział się, że "homoseksualizm nie może być genetyczny, ponieważ dwoje heteroseksualnych ludzi nie mogłoby spłodzić homoseksualisty." Ten ktoś nie ma pojęcia o czym mówi. Gdyby tak było, to nie istniałby na ten przykład zespół Downa, czy choćby hemofilia. Genetyczny nie równa się dziedziczny - to zupełnie różne pojęcia. Zresztą nie znamy tak naprawdę genezy homoseksualizmu. Wiemy, że ludzie rodzą się z określonymi skłonnościami i tyle. Wprawdzie czytałem kiedyś, że naukowcy odkryli gen odpowiedzialny za zachowania homoseksualne u myszy, ale od tego droga do poznania dokładnego źródła tego zjawiska jest jeszcze daleka.

"Jeśli dopuścimy małżeństwa homoseksualne, to kobiety nie będą mieć partnerów i przestaną rodzić dzieci." Nie będę się bawił w semantykę analizując różnice pomiędzy związkiem a małżeństwem. Ale... litości! Po pierwsze, homoseksualizm występuje zarówno u kobiet jak i u mężczyzn, zatem przypuszczenie, że nagle ktoś zostanie "bez pary" jest śmieszne. Po drugie, żadna regulacja prawna ani też jej brak nie sprawi, że ktoś o skłonnościach homoseksualnych nagle założy rodzinę i spłodzi potomstwo. Owszem, tak się zdarza jeszcze i dzisiaj pod presją otoczenia, ale tę presję właśnie należałoby przemyśleć bo nie są to szczęśliwe, ani zdrowe rodziny.

"Homoseksualizm jest grzechem przeciwko prawu naturalnemu." Też nie będę się bawił w teologa i analizował Pisma Św. pod kątem homoseksualizmu bo takich opracowań i to naukowych można znaleźć wiele. Chciałbym tylko przypomnieć, że jeszcze w latach 60-tych ubiegłego wieku m. in. Kościół Katolicki używał tego argumentu przeciwko małżeństwom międzyrasowym.

Nie rozumiem też, dlaczego w to wszystko zaplątany został transseksualizm, który jest zupełnie odmiennym zjawiskiem. Chyba przez skandaliczne wypowiedzi pewnej pani poseł... Cóż, to jeszcze jedna wielka bzdura. Transseksualiści są zapewne w takim samym stopniu zainteresowani związkami partnerskimi, jak cała reszta społeczeństwa. Może poza tym, że bywają na ogół bardziej wrażliwi na ludzkie losy. Ale wybór ślub czy związek podejmować będą tak samo jak inni i wśród nich też bywają osobniki homoseksualne, pewnie w podobnym odsetku, co gdzie indziej. Ale o tym może innym razem.

Reasumując: nie widzę powodu, dla którego potrzebne byłyby związki "na pół kociej łapy" dla par heteroseksualnych, natomiast w przypadku homoseksualistów, nikomu ani niczemu takie rozwiązanie nie zagraża, może natomiast dać wiele radości wielu ludziom.

Czytałem jakiś czas temu wywiad z panem Cejrowskim, który na pytanie dziennikarza odpowiedział, że inny i wyobcowany to on się czuje w Polsce i w ogóle w Europie. Tzw "prymitywni tubylcy" na inność reagują przyjaznym zainteresowaniem i akceptacją, tzw "cywilizowani ludzie" na ogół strachem i obrzydzeniem.

Na koniec dodam tylko oczywistą uwagę: jeśli Cię, mój miły czytelniku, brzydzi homoseksualizm, to go nie uprawiaj. Nie ma takiego wymogu. I to by było na tyle.

niedziela, 13 stycznia 2013

Eutanazja

Gorący temat w dzień finału, ale pewnie nie od razu ucichnie. Z góry powiem, że nie mam zdania na ten temat. Wierzę w Boga, ale mój Bóg jest litościwy i miłosierny. Nie skazuje człowieka na cierpienie bez sensu i szanuje jego wolę. Tak, wiem, czasem nie rozumiemy wyższego sensu, ale nawet wtedy On nie zostawia nas samych.

Przede wszystkim jedna uwaga. Nie odsądzajcie od razu od czci i wiary każdego, kto dopuszcza do siebie myśl o eutanazji. To nie są tylko zbrodniarze i psychopaci. Przypuszczam że nikt, kto przyznaje się w tej kwestii do wątpliwości nie myśli tak naprawdę o zabijaniu innych. Nie o to tu chodzi. Nie o pozbycie się kogoś drugiego, bliskiego lub nie, kto ewentualnie stanowi problem. Prawdziwą pułapkę dostrzegamy wtedy, gdy myślimy o sobie: czy ja nie będę obciążeniem dla innych, czy ja wytrzymam ból, ewentualnie upokorzenie niesprawności i kompletnego polegania na innych. Tak łatwo się mówi o krzyżu, kiedy to inni mają go dźwigać. Pytanie, czy ja udźwignę własny?

Wierzcie mi, nikt z nas nie jest w stanie odpowiedzieć szczerze na to pytanie, dopóki to jest tylko teoria. Teoretyzować jest niezwykle łatwo. Dopiero stanięcie twarzą w twarz z problemem - poczucie go nie tylko na własnej skórze, ale we własnym wnętrzu, boleśnie i samotnie - może nam dać wystarczającą perspektywę.

Ja sam jej nie mam toteż nie zamierzam dawać żadnych ostatecznych odpowiedzi. Próbuję się jedynie podzielić wątpliwościami. Nie jestem Owsiakiem, nie kreuję medialnego odzewu - wolno mi. Jemu zresztą też, każdemu wolno wyrażać własną opinię w wolnym kraju, czyż nie?

Wracając do tematu. Mam ostatnio okazję obserwować człowieka, który u schyłku życia został zupełnie sam. Kilka lat temu zmarła jego żona a on... kompletnie sobie nie radził. Nikt o tym nie wiedział bo nikomu się nie zwierzał dopóki nie wydarzył się przypadek dla jednych, boska interwencja dla innych.

W każdym razie człowiek ten jest stary, chory i kompletnie zagubiony w świecie. Na dziś potrafi tylko płakać albo patrzeć tępo przed siebie. Owszem, ma teraz ludzi, którzy chcą mu pomóc, ale nie wiadomo, czy nie jest już za późno. Ciało pozostaje, ale duch? Jakby odszedł.

Nie chce iść do domu starców, chciałby radzić sobie sam. Ale chyba nie jest już w stanie. Nie cierpi jeszcze zbyt mocno fizycznie, chyba nawet nie zdaje sobie sprawy, że samym swoim istnieniem stanowi problem. Może i dobrze. Nawet na pewno dobrze.

I nie, nie myślę o eutanazji dla niego. Myślę, że ja na jego miejscu bardzo chciałbym, żeby ktoś pomógł mi skrócić moje własne życie. Bez żadnych podtekstów, że on też powinien. Po prostu ja nie chciałbym być kłopotem dla rodziny, czy przyjaciół. Krótka choroba i śmierć - owszem, nikt tego nie uniknie. Ale życie ciągnące się bez celu, kiedy nie będę już w stanie nawet samodzielnie myśleć? Nie chcę. Będę się modlił, żeby mnie to nie spotkało. Ale, gdyby jednak?

Ostatnio przeczytałem coś o eutanazji jakoby będącej zaprzeczeniem przysięgi Hipokratesa i stojącej w sprzeczności z etyką lekarską od czasów antycznych i średniowiecznych. Może ja z historii nie jestem za mocny, ale wydawało mi się że w antyku, w Sparcie na przykład, a chyba i w Rzymie praktykowano wspomagane samobójstwo w pewnych przypadkach. W Japonii było to do niedawna częścią kultury, podobnie jak w niektórych plemionach indiańskich. I przypuszczam, że lekarz, czy lokalny szaman często "maczał w tym palce," choćby podpowiadając recepturę na szybko i w miarę bezboleśnie działającą truciznę.

Nie wiem. Sam nie umiałbym podjąć takiej decyzji za kogoś i rozumiem każdego lekarza, który miałby z tym problem. Ale sam, odnośnie własnego życia, chyba chciałbym mieć prawo do takiej decyzji. Na wypadek, gdyby zabrakło mi męstwa czy wytrwałości. Po prostu - plan B. I przypuszczam, że każdy, kto wypowiada się pozytywnie, albo chociaż niezdecydowanie, na temat eutanazji, ma na myśli przede wszystkim siebie.

Skończmy może z tą propagandą "cywilizacji śmierci," wrzucaniem zwolenników beztroskiej aborcji (są tacy?), popierających metodę in vitro i zastanawiających się nad prawem do eutanazji do jednego worka. To wszystko są kompletnie różne sprawy, rozpatrywane z różnych punktów widzenia i kompletnie nie mające ze sobą nic wspólnego.

Jeszcze raz powtórzę: ci, którzy zastanawiają się nad eutanazją, rzadko myślą o zabijaniu innych po to, żeby samemu mieć łatwiejsze życie. Dylemat powstaje wyłącznie wtedy, kiedy siebie stawiamy w tym miejscu.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Tydzień nienawiści do WOŚP

Cóż, to będzie chyba moja nowa świecka tradycja ponieważ już drugi rok z rzędu pierdoły wypisywane przez chyba bardzo młodych ludzi, którzy odczuwają potrzebę negowania wszystkiego za każdą cenę (przynajmniej mam nadzieję, że to oni właśnie i tylko oni te bzdury wypisują) mierzi mnie i denerwuje niepomiernie.

Po pierwsze: to przede wszystkim promocja Owsiaka. Może tak, może nie. Ja mam wrażenie, że bez poparcia instytucji państwowych czy kościelnych popularność można zdobyć tylko przez taką promocję. Proponuję - niech każdy z krytykujących wyjdzie po prostu na ulicę z jakąś puszką na wspieranie kogokolwiek. Są u nas żyjący tylko z żebractwa, może i da się z tego utrzymać siebie i jeszcze mieć na piwo. Ale kto mądry zbierze tak choćby kilka milionów złotych?

Po drugie: Woodstock. Ja nie słucham takiej muzyki ale też mnóstwo ludzi nie słucha "mojej" muzyki. Nie jesteśmy przez to ani lepsi ani gorsi od siebie nawzajem, prawda? Nie rozumiem, czemu akurat woodstockowcy mają mi przeszkadzać. Oczywiście, koronny argument, że żadne pieniądze z finału WOŚP ani w ogóle od prywatnych darczyńców na ten letni koncert nie są przeznaczane - po prostu nie trafia. Nawet mimo tego, że w statucie fundacja ma wpisane, iż koncert ów organizowany jest ze środków przeznaczanych specjalnie na ten cel przez sponsorów. Pewnie, po co sprawdzać wiadomości, skoro łatwiej powtarzać zasłyszane (patrzeć poprzednia notka).

Po trzecie: WOŚP wyręcza państwo bo to ono powinno łożyć na ochronę zdrowia i ratowanie życia. Prawda. Idealne państwo to takie, w którym żadne akcje charytatywne nie są w ogóle potrzebne, bo nikomu na niczym nie zbywa. Nie wspomnę już o tym, że to akurat ideał komunistyczny jest, bo nie o tym ta notka. Ale jest. Natomiast w naszych realiach narzuca mi się jedno pytanie: Skoro już tak jest, że państwo nieudolne i sobie nie radzi, to czy lepiej siedzieć wygodnie w fotelu i narzekać na owo państwo, czy jednak dupę ruszyć i choć kilka groszy dołożyć, skoro już ktoś jest tak miły, że tyle roboty odwala?

Po czwarte: po co dawać na WOŚP, skoro można dawać na Caritas, który bez szumu robi to samo albo i więcej? Kontr-pytanie: a kto komu zabrania dawać na jedno i drugie? Pod zarzutem, że sam się promuję, powiem, że sam w miarę możliwości daję Owsiakowi, ale też fundacji Brata Alberta (można kliknąć na baner Okruszka - przypominam), ośrodek niewidomych w Laskach, ostatnio także na SOS Wioski Dziecięce i parę innych jak akurat mam pieniądze i zobaczę taką możliwość. Na Caritas ja akurat daję rzadko - chyba, że taca w kościele jest, a ja akurat nie zapomniałem portfela. Ale nie wybrzydzam, bo niby dlaczego? To mój psi, chrześcijański obowiązek dawać, jeśli mi starcza, choćby po parę złotych. I nikt nie ma prawa limitować moich datków, ani tym bardziej ich dyskredytować.

Mógłbym tak jeszcze długo, ale na razie zostawię. Zapewne za rok po Trzech Królach wrócę po raz kolejny do tematu bo spokoju mi nie daje. Dlaczego zawsze ktoś musi opluć wszystko i wszystkich tylko dlatego, że... no właśnie, żeby co? Czytałem ostatnio wypowiedzi socjologów odnośnie reakcji internetowych na "chytrą babę z Radomia" i tylko jedna refleksja mi się po tym nasuwa: "owczy pęd," czyli "kupą, mości panowie, kupą." Naprawdę mam nadzieję, że ta kupa to tylko nasza zbuntowana młodzież, która nie zawsze dostrzega co właściwie tak uparcie kontestuje, byle tylko odróżnić się od starszego pokolenia...

niedziela, 6 stycznia 2013

Owsiak zbiera na eutanazję





Owsiak zbiera na eutanazję, Palikot chce zmieniać płeć 13-letnim dzieciom, a papież twierdzi, że nie było żłóbka. Takie trzy rewelacje ostatnimi czasy odkryłem. Coś je łączy, choć nie umiem powiedzieć, czy to głupota czy manipulacja. Ale chyba zacznę od odkręcania po kolei bo inaczej nie wiem jak.



I Jerzy Owsiak

Fałsz
: jak w tytule: wspomagając w tym roku Orkiestrę Świątecznej Pomocy, de facto deklarujemy poparcie dla eutanazji!

Prawda: W pewnym wywiadzie pan Owsiak wyraził się, iż "eutanazja to pomoc starszym w cierpieniach." Sam potem tłumaczył, że była to szczera rozmowa o geriatrii w Polsce, o ludzkim cierpieniu, o tragediach osób starych i schorowanych, dla których nie ma nawet miejsc w szpitalach. Sam nie jestem ani zwolennikiem, ani przeciwnikiem eutanazji - mam podobne dylematy, jak pan Owsiak. I staram się podchodzić do tych spraw z podobnym szacunkiem, choć z pewnością robię w tej dziedzinie o niebo mniej niż on.

II Janusz Palikot

Fałsz
: Ustawa o uzgodnieniu płci, proponowana przez Ruch Palikota, pozwala na zmianę płci na życzenie dziecka w wieku 13 lat.

Prawda: O takiej granicy wieku ustawa wspomina wyłącznie w kontekście dzieci interseksualnych, czyli urodzonych z jakąś formą obojnactwa fizycznego. Takie dzieci w dzisiejszych warunkach operuje się zaraz po urodzeniu, arbitralnie określając im płeć na podstawie tego, co bardziej przypominają ich narządy. Palikot postuluje, żeby w przypadku braku innych wskazań medycznych (hermafrodytyzm często wiąże się z innymi powikłaniami), odsuwać tę decyzję w czasie tak, aby zainteresowany przed okresem dojrzewania mógł przynajmniej na cokolwiek mieć wpływ.

III Papież Benedykt

Fałsz
: Benedykt XVI w swojej książce (o której niedawno pisałem) twierdzi, że Jezus nie urodził się w stajence, że nie było przy Nim żadnych zwierząt, nie było też trzech króli ani gwiazdy betlejemskiej. No, rewelacja! Papież podważa podstawowe prawdy wiary!

Prawda: Papież opowiada, że w tamtych czasach kamienne groty były wykorzystywane na pomieszczenia stajenne, zatem obraz drewnianej stajni ze żłóbkiem jest raczej artystyczną wariacją na temat, niż historycznym obrazkiem. Przypomina również (co wszyscy powinniśmy dawno wiedzieć), że wprawdzie Ewangelia nie wspomina o obecności zwierząt przy narodzeniu Pana, ale jest wielce prawdopodobne, że tam były, skoro miasto było zapełnione. Poza tym, o wole i ośle wspominają prorocy Starego Testamentu (bodaj Izajasz). Dalej, oczywiście, że nie królowie, tylko ewentualnie mędrcy, a papież spekuluje, że zapewne byli to perscy kapłani. No i wspomina o ostatnich domysłach naukowców, którzy twierdzą, że gwiazda betlejemska była zapewne nie kometą, jak uważaliśmy kiedyś, a efektem koniunkcji planet, która miała miejsce w tamtym okresie. Ogólnie Benedykt cytuje różne źródła, z niektórymi polemizuje, inne podaje jako ciekawostki. Wnioski z pewnością nie mają nic wspólnego z krzykliwą sensacją, o której wspomniałem.

Przyznam, że takie rewelacje mnie przerażają. Wprawdzie w powyższych przypadkach dość łatwo było je obalić zwyczajnie sięgając do źródeł, ale ja jestem wyjątkowy. No bo ile osób akurat równie mocno interesuje się Owsiakiem, Palikotem i Benedyktem jednocześnie? Ile jest takich rewelacji w innych dziedzinach, o których sam nie mam dość pojęcia, żeby gdziekolwiek docierać i odkłamywać? Przecież nie da się być ekspertem w każdej dziedzinie! Wielokrotnie polegamy na przekazach z drugiej ręki: mediach, dziennikarzach i politykach. Zapewne o wiele częściej, niż sobie z tego zdajemy sprawę.

W tym roku siedzę więcej na Facebooku, niż na blogu, toteż nie składałem życzeń świątecznych ani noworocznych moim czytelnikom w tym miejscu. Naprawiając częściowo to zaniedbanie, chciałbym życzyć nam wszystkim więcej dystansu do tego, czego się dowiadujemy. A może raczej powinienem nam życzyć więcej rzetelności i odpowiedzialności w tym, co mówimy? W końcu żyjemy w epoce informacji a tak nieładnie pozwalamy się jej dewaluować...

sobota, 22 grudnia 2012

Facebook

Odkryłem ostatnio facebooka... nie, to za dużo powiedziane. Umówmy się, że zacząłem go używać ostatnio. I pewnie, zanim mi się znudzi, minie jeszcze kilka miesięcy, ale znając siebie już wiem, że mi się znudzi. Chyba, że rozwinie się w jakimś sensownym dla mnie kierunku.

Użytkownikiem sieci jestem od dziesięciu lat. Zaczynałem - jak tu kiedyś pisałem - od nauki włączenia komputera. Ale potem poznałem wspaniałych ludzi, założyłem własną stronę internetową, potem następną i następną... Nauczyłem się wtedy jednego: jeśli masz oryginalny pomysł na zawartość, to możesz tworzyć poczytne strony z opowiadaniami, albumy graficzne, fora, itd. I zawsze znajdą się ludzie, którzy zechcą Twoją twórczość poznawać i dzielić się własną. Ale 99% stron w internecie sprzed dekady była czysto odtwórcza, nie kreatywna.

Taki niestety jest też facebook. I nic się nie zmieniło w przekroju użytkowników. 99% profili służy do publikowania śmiesznych obrazków znalezionych w sieci, filmików lub cudzych zdjęć. Czasem linków do interesujących artykułów. Wszystko odtwórcze. Minimalny wkład własny

Owszem, na upartego da się nawet bloga prowadzić na FB, choć edytor wiadomości jest niemiłosiernie mały a do wyświetlenia dłuższego tekstu trzeba jeszcze dodatkowego kliknięcia. Układ strony robi się sam - jedyną opcją dla użytkownika jest wyrzucenie czegoś na dwie kolumny zamiast jedną. Ale to sprawdza się w przypadku tylko niektórych zdjęć.

Moim drugim wielkim rozczarowaniem tą stroną jest polityka prywatności. Nie, wcale nie będę typowo narzekał, że jej za mało. Wręcz odwrotnie. Otóż naiwnie sądziłem, że stworzenie profilu na FB pozwoli mi poznawać ludzi o podobnych zainteresowaniach, wymieniać się doświadczeniami i w ogóle jakoś... no, rozwijać się sieciowo. Nic bardziej mylnego.

Zaraz po kilku dniach dostałem urzędowe ostrzeżenie, że mogą mi zamknąć profil ponieważ ośmieliłem się zaprosić do znajomych osobę, która mnie nie znała i ewidentnie sobie tego nie życzyła. Cóż, przeprosiłbym ją tutaj, gdybym wiedział kto zacz i miał nadzieję, że ten blog czytuje. Ale co ja takiego złego zrobiłem?

Wyobrażałem sobie mianowicie, że skoro już przekuję ten irytujący znaczek "Like," który pojawia się dziś niemal na każdej stronie na coś sensownego i będę mógł zobaczyć komentarze ludzi myślących podobnie jak ja, to będziemy mogli wymieniać myśli, obserwować wzajemnie swoje profile, dzielić się spostrzeżeniami itd. Otóż nic z tych rzeczy. Facebook wymaga ode mnie kiszenia się w gronie tych, którzy już są moimi znajomymi i nie wychodzenia ponad ten krąg. Z całym szacunkiem dla moich znajomych - co to za social networking?

Skoro już FB jest platformą odtwórczą, to oczekiwałbym przynajmniej większej kontroli nad szatą graficzną mojej "ściany," czy tam "linii czasu." Lepszej funkcjonalności albumów - choćby możliwości wyświetlania zdjęć w układzie full screen i jakiejkolwiek opcji dzielenia się plikami muzycznymi. Nie, wklejanie linków do youtube zdecydowanie mi nie wystarcza. Mam mnóstwo nagrań, które chętnie zaprezentowałbym znajomym - skoro już mam prawo tylko do własnego grona, prawa autorskie nie powinny być tu przeszkodą, czyż nie?

Tak jak powiedziałem. Pewnie przez parę miesięcy będę się jeszcze bawił facebookiem. Choćby dlatego, że daje mi możliwość poznawania ciekawych stron internetowych, jakich w innym przypadku zapewne nie miałbym czasu odkryć. Ale na dłuższą metę? Wątpię. Chyba pozostanę na razie przy blogach: tym i fotograficznym.