Miałem wczoraj w czasie adoracji pewne doświadczenie. Patrząc na Najświętszy Sakrament, zobaczyłem nagle jak się podwaja a potem zwielokrotnia. Jak obraz odbijany od kilku luster. I w tych odbiciach zobaczyłem inne monstrancje i inne kościoły w których byłem w życiu. Na wakacjach, na rekolekcjach, u znajomych... Niesamowite wrażenie. Tu cegły, tu belki drewniane, tam znowu biały tynk. I tylko Hostia zawsze ta sama. A potem usłyszałem w duszy. "Kochasz Mnie? A ile czasu Mi poświęcasz?"
No właśnie. Trochę się w tym moim życiu uzbierało mszy, modlitw i nabożeństw w których uczestniczyłem, ale czy aby znowu tak wiele? Czy dość, żeby z tego utkać jakąś relację? Skoro kocham? No tak, kocham. Ale gdzieś tam w głowie siedzi, że przecież On wie, On zrozumie, wybaczy, a dziś znowu czasu nie ma, zmęczony, źle się czuję, nie pójdę... A przecież On tam czeka.
I odzywa się to jakieś poczucie obowiązku. Każdy z nas pewnie to czasem przechodzi. Wyrzuty sumienia, że za mało czasu, że ta modlitwa taka naprędce. I postanawiamy poprawę, nawet się czasem udaje. Przyrzekamy, że od jutra znajdziemy więcej czasu na poranny pacierz, że wieczorem różaniec albo koronkę codziennie. I wypełniamy przez kilka dni, może tygodni a potem znowu to gdzieś gubimy. Dlaczego?
Bo może nie ma w nas tej miłości tak naprawdę? Nie, no niby kochamy, jasne. Ale ja mówię o zakochaniu się w Bogu, o poczuciu szczęścia bo On jest i kocha. Tymczasem tę modlitwę traktujemy często jak obowiązek, jako coś, co trzeba zrobić, żeby być w porządku. Dlatego nie wychodzi - jeśli traktujemy ją jako kolejną próbę zasłużenia sobie na Jego miłość. A przecież już ją mamy, za darmo. A modlić się trzeba z radości że jest.
Zakochałem się w Liturgii Godzin na rekolekcjach oazowych. Trzeci stopień formacji - brewiarz do upojenia. Wspólne śpiewy, recytacje, podsypianie na jutrzni, kłopoty z koncentracją na nieszporach... ech, to były czasy! Potem kiedyś przez rok sam odmawiałem brewiarz. Ale dla mnie to nie to samo co modlitwa wspólnotowa.
Wychodząc z tej adoracji spojrzałem na tablicę ogłoszeń, żeby sprawdzić o której Droga Krzyżowa. I zobaczyłem że w dni powszednie o 5.45 jest u nas w parafii jutrznia. Aż podskoczyłem z wrażenia. A ja dopiero teraz się o tym dowiaduję?
No fakt, ostatnio częściej bywałem w innych kościołach na mszy, ogłoszeń parafialnych u siebie nie słyszałem. Szkoda, że Post już się kończy, ale przynajmniej te kilka dni, które zostały... Z miłości. I dzisiaj świat inaczej wygląda i poranna kawa lepiej smakuje. Dobrze mi z Tobą, Panie. Dziękuję Ci.
czwartek, 25 marca 2010
środa, 24 marca 2010
Kręte ścieżki powołania
Wyczytałem w Dzienniczku Św. Faustyny o takim zdarzeniu: Pewnego dnia Jezus nakazał jej, aby przez siedem dni nosiła włosiennicę. Poszła więc Faustyna do Matki Przełożonej i poprosiła o pozwolenie na umartwianie się. Nie dostała go. Zmartwiona, zwróciła się do Jezusa, a Ten powiedział jej, że pragnie jej posłuszeństwa, a nie umartwień. Hm... że jak, proszę? To po co to całe zamieszanie?
I tak Faustyna miała dobrze, bo Jezus czekał na nią od razu w korytarzu i wyjaśnił. A co z ludźmi, którzy latami starają się o to pozwolenie, albo nawet noszą tę swoją włosiennicę, a potem też usłyszą że to w ogóle nie o to chodziło?
Zresztą w świetle moich ostatnich rozważań, ja tego zupełnie nie pojmuję. Zawsze uważałem, że Bóg ma... no, specyficzne poczucie humoru. Z naszej perspektywy, naturalnie. No bo jest przecież wszechmocny i wszechwiedzący. Jak pisałem w poprzednim poście, będąc poza naszym czasem, dokładnie przecież wiedział jak zareaguje przełożona Faustyny i ona sama. To co niby sprawdzał?
A po co sprawdzał mnie? Też ganiałem w tej włosiennicy. Myślę że większość z nas ma takie doświadczenia na koncie. A potem się zastanawiamy, czy to myśmy schrzanili, czy taki był Jego plan od początku? I po co nam kazał, jeśli wiedział że spaprzemy?
Ciągle mi chodzi po głowie to pytanie, czy Bóg stworzył świat dla rozrywki. Heh! To ja ciekawy jestem co to za rozrywka, skoro jeszcze zanim Ewa spojrzała na to nieszczęsne jabłko, to On już znał dzień i godzinę w której bomby spadną na Hiroshimę...
Z drugiej strony, przejmować się aż tak bardzo chyba nie przejmuje. Bo inaczej musiałby chodzić po tych Niebieskich Drogach i powtarzać przy każdej okazji: No, wiedziałem że schrzani! A nie mówiłem?! (facepalm). O co więc w tym wszystkim chodzi?
Może On nie sprawdza dla siebie, tylko dla nas samych? Bo ze mną to oczywiste. Nie mogłem nie spaprać. Nie, nie dlatego że nie miałem takiej alternatywy. Tyle, że z moim charakterem, w tych konkretnych okolicznościach, w tym czasie i z tymi ludźmi - zwyczajnie nie mogłem postąpić inaczej. Ale zaczynając myślałem że podołam. Dla Niego...
I co teraz? Niby wiem, że dla Niego to żadne zaskoczenie więc i rozczarowany pewnie nie jest. Ale mnie głupio i źle. Z Jego strony, ufam że tak właśnie ułożył moje życie z tymi zakrętami i wybojami. Z własnej, ludzkiej perspektywy, liczę, że ma dla mnie jeszcze jakiś plan awaryjny. No wiecie, taki plan B, może i plan C albo D...
Żeby tylko liter w alfabecie wystarczyło...
I tak Faustyna miała dobrze, bo Jezus czekał na nią od razu w korytarzu i wyjaśnił. A co z ludźmi, którzy latami starają się o to pozwolenie, albo nawet noszą tę swoją włosiennicę, a potem też usłyszą że to w ogóle nie o to chodziło?
Zresztą w świetle moich ostatnich rozważań, ja tego zupełnie nie pojmuję. Zawsze uważałem, że Bóg ma... no, specyficzne poczucie humoru. Z naszej perspektywy, naturalnie. No bo jest przecież wszechmocny i wszechwiedzący. Jak pisałem w poprzednim poście, będąc poza naszym czasem, dokładnie przecież wiedział jak zareaguje przełożona Faustyny i ona sama. To co niby sprawdzał?
A po co sprawdzał mnie? Też ganiałem w tej włosiennicy. Myślę że większość z nas ma takie doświadczenia na koncie. A potem się zastanawiamy, czy to myśmy schrzanili, czy taki był Jego plan od początku? I po co nam kazał, jeśli wiedział że spaprzemy?
Ciągle mi chodzi po głowie to pytanie, czy Bóg stworzył świat dla rozrywki. Heh! To ja ciekawy jestem co to za rozrywka, skoro jeszcze zanim Ewa spojrzała na to nieszczęsne jabłko, to On już znał dzień i godzinę w której bomby spadną na Hiroshimę...
Z drugiej strony, przejmować się aż tak bardzo chyba nie przejmuje. Bo inaczej musiałby chodzić po tych Niebieskich Drogach i powtarzać przy każdej okazji: No, wiedziałem że schrzani! A nie mówiłem?! (facepalm). O co więc w tym wszystkim chodzi?
Może On nie sprawdza dla siebie, tylko dla nas samych? Bo ze mną to oczywiste. Nie mogłem nie spaprać. Nie, nie dlatego że nie miałem takiej alternatywy. Tyle, że z moim charakterem, w tych konkretnych okolicznościach, w tym czasie i z tymi ludźmi - zwyczajnie nie mogłem postąpić inaczej. Ale zaczynając myślałem że podołam. Dla Niego...
I co teraz? Niby wiem, że dla Niego to żadne zaskoczenie więc i rozczarowany pewnie nie jest. Ale mnie głupio i źle. Z Jego strony, ufam że tak właśnie ułożył moje życie z tymi zakrętami i wybojami. Z własnej, ludzkiej perspektywy, liczę, że ma dla mnie jeszcze jakiś plan awaryjny. No wiecie, taki plan B, może i plan C albo D...
Żeby tylko liter w alfabecie wystarczyło...
wtorek, 23 marca 2010
poniedziałek, 22 marca 2010
Wolna wola
Ciekawe, że nadzieję powszechnego zbawienia atakują zarówno chrześcijanie, jak i ateiści. Ci pierwsi zapewne z posłuszeństwa - doktrynie swego Kościoła, drudzy z nieposłuszeństwa - broniąc wolnej woli człowieka, który nie powinien być zbawiany wbrew swojej woli... Jakie by nie były ich motywy, jeśli jakaś teoria jednoczy, bądź też budzi silny sprzeciw dwóch przeciwstawnych sobie ideologicznie grup, to z pewnością musi to być coś warte rozważenia przez samodzielnie myślącego człowieka.
Przeczytałem (pod przymusem, przyznaję) pierwszą część "Opowieści z Narnii." Pod przymusem, bo jestem zdeklarowanym miłośnikiem fantastyki naukowej, nie fantasy z charakterystycznymi dla tego gatunku czarami, rycerzami i baśniowymi stworami. "Alicja w krainie czarów", "Pan Kleks" czy ostatnio "Harry Potter" nie podniecają mnie tak, jak opis hiper-nowoczesnego napędu (koniecznie pod- lub nad-świetlnego), choć o fizyce kwantowej mam mniej więcej takie samo pojęcie jak o olbrzymich, gadających królikach. Ale obiecałem, przeczytam.
Wspominam o tym bo o ile Aslan w tym opowiadaniu jest swoistą metaforą Chrystusa, oddającego się na śmierć za ludzi, tak Edmund jest dla mnie odniesieniem do Judasza. Judasza, któremu przebaczono. Za którego oddano życie, a który następnie został przyjęty w szeregi dobra i nagrodzony za męstwo.
Tygrys nie zgadza się z moim - przyznaję, ostrym - twierdzeniem że Bóg ze Starego Testamentu pomagał Izraelitom zabijać swoich wrogów. A przynajmniej się na to godził. Co więc powie Tygrys na jeszcze bardziej prowokujące stwierdzenie, że Bóg czasami wręcz powołuje do grzechu? No bo cóż zrobić ze słowem J 13,27b, skierowanym do Judasza: "Co masz uczynić, czyń prędzej?"
Oczywiście, że celowo koloryzuję. Ale nie patrzcie na siłę sformułowań, ale na sens. Bo... co jest tym sensem? Ano, samo powołanie Judasza a następnie danie mu wolnej drogi. Jasne, Jezus mówi także o nim, że lepiej byłoby, gdyby się w ogóle nie narodził. Ale gdyby się nie narodził, nie byłoby pojmania takiego, jakie znamy z Ewangelii. Bóg musiałby wymyśleć coś innego...
Zatem stawiam pytanie, zresztą stare jak filozofia: czy Judasz miał wolną wolę? Czy mógł był zmienić zdanie i nie zdradzić miejsca pobytu uczniów tego feralnego wieczora? Moim skromnym zdaniem absolutnie mógł. Sprawy potoczyły się tak, jak się potoczyły jedynie dlatego, że Bóg wiedział dokładnie, co zrobi Judasz. Wiedział to długo, przed narodzeniem biedaka.
Nie jestem zwolennikiem determinizmu. Nie uważam, że wszystko, cokolwiek robimy w życiu jest z góry ustalone i przewidziane, a nasza wolność ma charakter czysto iluzoryczny. Uważam natomiast, że Bóg jest Tajemnicą. O wiele większą, niż ta, jakiej uczy nas katechizm.
Powiedzmy sobie szczerze. Wielu niewinnych oddawało życie za sprawę, za przyjaciół, nieprzyjaciół. Jeden tylko pokonał śmierć, fakt. Ale czy jest to dla mnie tajemnica? Nie. Ja nie jestem w stanie tego zrobić, ale umiem sobie wyobrazić że Jezus zmartwychwstał. To za mało, by nazwać to Tajemnicą przez duże "T".
Sam w rozmowie onegdaj uświadomiłem sobie coś, co powinno być dla mnie oczywiste: Bóg jest poza czasem. Są przecież tego dowody w Piśmie Świętym. Nie rozumiecie jeszcze? Otóż cała nasza logika oparta na linearnym czasie, na postrzeganiu związków przyczynowo-skutkowych - nie dotyczy Boga. On stworzył także czas. I to dopiero jest dla mnie Tajemnicą. Tego już nie umiem sobie wyobrazić. I to dopiero przekonuje mnie o boskości Boga.
Mówimy o Nim że jest "Sędzią Sprawiedliwym, który za dobro wynagradza a za zło karze." Ale gdzież tu jest Tajemnica? Czy nie jest to sprowadzanie Niepojętęj Istoty do naszej, ograniczonej logiki? Czy nie mamy tu do czynienia ze zwykłą projekcją potęgi, jaką potrafimy pojmować, tu, na naszym świecie?
Nie. Nie wierzę, że to jest takie proste. Nie wierzę, że los człowieka w rękach Boga podlega tym samym prawom, jakie On ustanowił dla nas tu i teraz. Że On sam się tym prawom poddaje.
Dlatego kwestia zbawiania "wbrew woli" ateistów czy bluźnierców, w ogóle dylemat wolnej woli, jest dla mnie problemem sztucznym, występującym jedynie w naszym, ograniczonym umyśle. Bóg wie co uczyniliśmy i co uczynimy na długo przed tym, zanim się w ogóle rodzimy. Bóg zna losy świata od początku do końca - bo On tam jest: na początku i na końcu.
Z naszej perspektywy śmierć jest chwilą. Owszem, choroba, cierpienie - może trwać długo. Ale sama utrata życia jest chwilą. Z Jego strony, może to być całe kontinuum, zupełnie nieznany nam wymiar konfrontacji ze Stwórcą. Nie, nie umiem sobie tego wyobrazić, dlatego właśnie mnie to przekonuje. I przekonuje mnie także myśl, że w tym wymiarze nasze decyzje życiowe, nasze wybory - wciąż jeszcze mogą ulec przeobrażeniu. Jak łotr na krzyżu możemy wtedy jeszcze usłyszeć obietnicę: "dziś jeszcze będziesz ze mną w raju." (Łk 23,43). I naprawdę wierzę, że nikt z nas nie potrafi się jej wtedy oprzeć.
Przeczytałem (pod przymusem, przyznaję) pierwszą część "Opowieści z Narnii." Pod przymusem, bo jestem zdeklarowanym miłośnikiem fantastyki naukowej, nie fantasy z charakterystycznymi dla tego gatunku czarami, rycerzami i baśniowymi stworami. "Alicja w krainie czarów", "Pan Kleks" czy ostatnio "Harry Potter" nie podniecają mnie tak, jak opis hiper-nowoczesnego napędu (koniecznie pod- lub nad-świetlnego), choć o fizyce kwantowej mam mniej więcej takie samo pojęcie jak o olbrzymich, gadających królikach. Ale obiecałem, przeczytam.
Wspominam o tym bo o ile Aslan w tym opowiadaniu jest swoistą metaforą Chrystusa, oddającego się na śmierć za ludzi, tak Edmund jest dla mnie odniesieniem do Judasza. Judasza, któremu przebaczono. Za którego oddano życie, a który następnie został przyjęty w szeregi dobra i nagrodzony za męstwo.
Tygrys nie zgadza się z moim - przyznaję, ostrym - twierdzeniem że Bóg ze Starego Testamentu pomagał Izraelitom zabijać swoich wrogów. A przynajmniej się na to godził. Co więc powie Tygrys na jeszcze bardziej prowokujące stwierdzenie, że Bóg czasami wręcz powołuje do grzechu? No bo cóż zrobić ze słowem J 13,27b, skierowanym do Judasza: "Co masz uczynić, czyń prędzej?"
Oczywiście, że celowo koloryzuję. Ale nie patrzcie na siłę sformułowań, ale na sens. Bo... co jest tym sensem? Ano, samo powołanie Judasza a następnie danie mu wolnej drogi. Jasne, Jezus mówi także o nim, że lepiej byłoby, gdyby się w ogóle nie narodził. Ale gdyby się nie narodził, nie byłoby pojmania takiego, jakie znamy z Ewangelii. Bóg musiałby wymyśleć coś innego...
Zatem stawiam pytanie, zresztą stare jak filozofia: czy Judasz miał wolną wolę? Czy mógł był zmienić zdanie i nie zdradzić miejsca pobytu uczniów tego feralnego wieczora? Moim skromnym zdaniem absolutnie mógł. Sprawy potoczyły się tak, jak się potoczyły jedynie dlatego, że Bóg wiedział dokładnie, co zrobi Judasz. Wiedział to długo, przed narodzeniem biedaka.
Nie jestem zwolennikiem determinizmu. Nie uważam, że wszystko, cokolwiek robimy w życiu jest z góry ustalone i przewidziane, a nasza wolność ma charakter czysto iluzoryczny. Uważam natomiast, że Bóg jest Tajemnicą. O wiele większą, niż ta, jakiej uczy nas katechizm.
Powiedzmy sobie szczerze. Wielu niewinnych oddawało życie za sprawę, za przyjaciół, nieprzyjaciół. Jeden tylko pokonał śmierć, fakt. Ale czy jest to dla mnie tajemnica? Nie. Ja nie jestem w stanie tego zrobić, ale umiem sobie wyobrazić że Jezus zmartwychwstał. To za mało, by nazwać to Tajemnicą przez duże "T".
Sam w rozmowie onegdaj uświadomiłem sobie coś, co powinno być dla mnie oczywiste: Bóg jest poza czasem. Są przecież tego dowody w Piśmie Świętym. Nie rozumiecie jeszcze? Otóż cała nasza logika oparta na linearnym czasie, na postrzeganiu związków przyczynowo-skutkowych - nie dotyczy Boga. On stworzył także czas. I to dopiero jest dla mnie Tajemnicą. Tego już nie umiem sobie wyobrazić. I to dopiero przekonuje mnie o boskości Boga.
Mówimy o Nim że jest "Sędzią Sprawiedliwym, który za dobro wynagradza a za zło karze." Ale gdzież tu jest Tajemnica? Czy nie jest to sprowadzanie Niepojętęj Istoty do naszej, ograniczonej logiki? Czy nie mamy tu do czynienia ze zwykłą projekcją potęgi, jaką potrafimy pojmować, tu, na naszym świecie?
Nie. Nie wierzę, że to jest takie proste. Nie wierzę, że los człowieka w rękach Boga podlega tym samym prawom, jakie On ustanowił dla nas tu i teraz. Że On sam się tym prawom poddaje.
Dlatego kwestia zbawiania "wbrew woli" ateistów czy bluźnierców, w ogóle dylemat wolnej woli, jest dla mnie problemem sztucznym, występującym jedynie w naszym, ograniczonym umyśle. Bóg wie co uczyniliśmy i co uczynimy na długo przed tym, zanim się w ogóle rodzimy. Bóg zna losy świata od początku do końca - bo On tam jest: na początku i na końcu.
Z naszej perspektywy śmierć jest chwilą. Owszem, choroba, cierpienie - może trwać długo. Ale sama utrata życia jest chwilą. Z Jego strony, może to być całe kontinuum, zupełnie nieznany nam wymiar konfrontacji ze Stwórcą. Nie, nie umiem sobie tego wyobrazić, dlatego właśnie mnie to przekonuje. I przekonuje mnie także myśl, że w tym wymiarze nasze decyzje życiowe, nasze wybory - wciąż jeszcze mogą ulec przeobrażeniu. Jak łotr na krzyżu możemy wtedy jeszcze usłyszeć obietnicę: "dziś jeszcze będziesz ze mną w raju." (Łk 23,43). I naprawdę wierzę, że nikt z nas nie potrafi się jej wtedy oprzeć.
piątek, 19 marca 2010
Piekło istnieje naprawdę
Zawsze mi przykro, kiedy czytam tak kategoryczne słowa: Grzesznicy będą się smażyć w ogniu piekielnym po wsze czasy... Ale równie mi przykro czytać, że piekła nie ma, a Bóg i tak zbawi wszystkich.
Nikt z nas nie wie co zrobi Bóg. Możemy tylko wierzyć, ufać, mieć nadzieję - każdy po swojemu. Nie mamy monopolu na wiedzę o zamiarach Boga. Nawet papież go nie ma.
Mnie się taki obraz piekła nie zgadza z Bogiem Miłosiernym i Łaskawym. Nie umiem wierzyć w Boga, który pozwoliłby części swojego stworzenia tak cierpieć. Nie chcę wierzyć w takiego Boga, który miałby skazać część swoich dzieci na wieczne potępienie. Choćby nie wiem co uczynili.
Mój Bóg jest Wszechmocny. Piekło tak, jak jest odmalowane w artykule, byłoby Jego klęską. Bo jakaś część stworzenia miałaby się od Niego odwrócić, zaprzeć się Go bezpowrotnie. To też się nie zgadza. Fakt, dał nam wolną wolę, ale czy to znaczy, że jest wobec niej bezradny? Czy Bóg w ogóle może być wobec czegoś bezradny?
Gwoli ścisłości, nie jestem orędownikiem pustego piekła. Pisałem już o tym, ale przypomnę. Nadzieja powszechnego zbawienia postuluje, że piekło jest jak najbardziej realne i może być wieczne z ludzkiego punktu widzenia, tj, trwać wieki - ale nie nieskończenie długo. Że może być ostatecznym narzędziem w ręku Boga, żeby nas oczyścić i w ostateczności przyciągnąć do Siebie.
I proszę, nie przytaczajcie fragmentów Pisma Św. na poparcie wizji wiecznego potępienia. Jest ich równie dużo, co tych, które mówią o nieprzebranej łaskawości Boga. Tyle, że te ostatnie są może jakby mniej plastyczne...
Nie wiemy jakimi metodami Bóg działa. Jego drogi nie są naszymi drogami. Nie uzurpujmy sobie prawa do wypowiadania się w Jego imieniu. Nie stawiajmy Jemu naszych, ludzkich granic. Szkoda, że tak wielu katolików jest zachwyconych perspektywą "ukarania bezbożników". Tak się ma wyrażać chrześcijańska miłość bliźniego? Czy też raczej jest to niskie "a dobrze ci tak?"
Jestem z wykształcenia pedagogiem. Znam wartość tzw. metody kija i marchewki: nagrody i kary. Tyle tylko, że ta metoda sprawdza się wyłącznie wobec małych dzieci, niedojrzałych umysłów. Czemu mam wrażenie, że dziś Kościół właśnie w taki sposób chce nas traktować?
Pisałem niedawno o tym, jak zmienia się Boży język wobec nas w Starym i Nowym Testamencie - jak Bóg przyjmuje do wiadomości, że człowiek się rozwija, jak podnosi poprzeczkę. Teraz nie dostaniemy już nowego, uwspółcześnionego objawienia. Ale w czasach przedbiblijnych też przecież był z nami, to nie jest tak, że na Biblii Bóg się zaczyna i kończy...
Ja bym jednak skłaniał się do tego, że my zaczynamy wyrastać z epoki kija i marchewki. Że nie trzeba nas już straszyć. Sądzę, że konserwatyści w Kościele boją się tego kroku bo obawiają się zachowań z cyklu (dosłownie) "hulaj dusza, piekła nie ma." Tymczasem ja, jako zdeklarowany idealista, nie wierzę w to.
Wierzę, że człowiek jest już na tyle dojrzałym stworzeniem, że potrafi kochać bez strachu. Że więcej warta jest wiara i dobre uczynki wynikające z miłości, nie ze strachu. Bo przecież zgoda na zaakceptowanie powszechnego zbawienia nie oznacza że człowiek od razu rzuci się w odmęty grzechu licząc na to, że w ostatecznym rozrachunku i tak wszystko zostanie mu wybaczone. Może, tak jak ja, zachwycić się za to Bożą Miłością i zechcieć postępować tak, by On miał mu jak najmniej do wybaczania?
W przytoczonym przeze mnie blogu ciekawie wypowiada się niejaki felek: "tak się zastanawiam, jeśli umrę i spotkam Boga, to jak mógłbym wtedy nie wybaczyć wyrządzonych mi przez innych krzywd ? Jeśli ja im wybaczę, a oni wyznają skruchę, to w jaki sposób mogliby trafić do piekła ?" No właśnie. Ja tam wolę wierzyć, że niezbadane są wyroki Boskie i że u Boga nie ma nic niemożliwego.
Nikt z nas nie wie co zrobi Bóg. Możemy tylko wierzyć, ufać, mieć nadzieję - każdy po swojemu. Nie mamy monopolu na wiedzę o zamiarach Boga. Nawet papież go nie ma.
Mnie się taki obraz piekła nie zgadza z Bogiem Miłosiernym i Łaskawym. Nie umiem wierzyć w Boga, który pozwoliłby części swojego stworzenia tak cierpieć. Nie chcę wierzyć w takiego Boga, który miałby skazać część swoich dzieci na wieczne potępienie. Choćby nie wiem co uczynili.
Mój Bóg jest Wszechmocny. Piekło tak, jak jest odmalowane w artykule, byłoby Jego klęską. Bo jakaś część stworzenia miałaby się od Niego odwrócić, zaprzeć się Go bezpowrotnie. To też się nie zgadza. Fakt, dał nam wolną wolę, ale czy to znaczy, że jest wobec niej bezradny? Czy Bóg w ogóle może być wobec czegoś bezradny?
Gwoli ścisłości, nie jestem orędownikiem pustego piekła. Pisałem już o tym, ale przypomnę. Nadzieja powszechnego zbawienia postuluje, że piekło jest jak najbardziej realne i może być wieczne z ludzkiego punktu widzenia, tj, trwać wieki - ale nie nieskończenie długo. Że może być ostatecznym narzędziem w ręku Boga, żeby nas oczyścić i w ostateczności przyciągnąć do Siebie.
I proszę, nie przytaczajcie fragmentów Pisma Św. na poparcie wizji wiecznego potępienia. Jest ich równie dużo, co tych, które mówią o nieprzebranej łaskawości Boga. Tyle, że te ostatnie są może jakby mniej plastyczne...
Nie wiemy jakimi metodami Bóg działa. Jego drogi nie są naszymi drogami. Nie uzurpujmy sobie prawa do wypowiadania się w Jego imieniu. Nie stawiajmy Jemu naszych, ludzkich granic. Szkoda, że tak wielu katolików jest zachwyconych perspektywą "ukarania bezbożników". Tak się ma wyrażać chrześcijańska miłość bliźniego? Czy też raczej jest to niskie "a dobrze ci tak?"
Jestem z wykształcenia pedagogiem. Znam wartość tzw. metody kija i marchewki: nagrody i kary. Tyle tylko, że ta metoda sprawdza się wyłącznie wobec małych dzieci, niedojrzałych umysłów. Czemu mam wrażenie, że dziś Kościół właśnie w taki sposób chce nas traktować?
Pisałem niedawno o tym, jak zmienia się Boży język wobec nas w Starym i Nowym Testamencie - jak Bóg przyjmuje do wiadomości, że człowiek się rozwija, jak podnosi poprzeczkę. Teraz nie dostaniemy już nowego, uwspółcześnionego objawienia. Ale w czasach przedbiblijnych też przecież był z nami, to nie jest tak, że na Biblii Bóg się zaczyna i kończy...
Ja bym jednak skłaniał się do tego, że my zaczynamy wyrastać z epoki kija i marchewki. Że nie trzeba nas już straszyć. Sądzę, że konserwatyści w Kościele boją się tego kroku bo obawiają się zachowań z cyklu (dosłownie) "hulaj dusza, piekła nie ma." Tymczasem ja, jako zdeklarowany idealista, nie wierzę w to.
Wierzę, że człowiek jest już na tyle dojrzałym stworzeniem, że potrafi kochać bez strachu. Że więcej warta jest wiara i dobre uczynki wynikające z miłości, nie ze strachu. Bo przecież zgoda na zaakceptowanie powszechnego zbawienia nie oznacza że człowiek od razu rzuci się w odmęty grzechu licząc na to, że w ostatecznym rozrachunku i tak wszystko zostanie mu wybaczone. Może, tak jak ja, zachwycić się za to Bożą Miłością i zechcieć postępować tak, by On miał mu jak najmniej do wybaczania?
W przytoczonym przeze mnie blogu ciekawie wypowiada się niejaki felek: "tak się zastanawiam, jeśli umrę i spotkam Boga, to jak mógłbym wtedy nie wybaczyć wyrządzonych mi przez innych krzywd ? Jeśli ja im wybaczę, a oni wyznają skruchę, to w jaki sposób mogliby trafić do piekła ?" No właśnie. Ja tam wolę wierzyć, że niezbadane są wyroki Boskie i że u Boga nie ma nic niemożliwego.
środa, 17 marca 2010
Wolność
............
→ MODLITWA
→ POST
→ JAŁMUŻNA
............
............ a ja?
............ ja jestem faryzeuszem...
............
............
............
............
→ MODLITWA
→ POST
→ JAŁMUŻNA
............
............ a ja?
............ ja jestem faryzeuszem...
............
............
............
............
wtorek, 16 marca 2010
Skupienie
Zastanawia się Jadwiga, czy ja potrafiłem się skupić na tych rekolekcjach... Otóż, chyba rzeczywiście nie. Ojciec rekolekcjonista wybrał sobie najwyraźniej temat o współczesnych uzależnieniach i chwała mu za to. Ale i dzisiaj prawił o grach komputerowych a moja 70-letnia sąsiadka, z którą wracałem z mszy, pytała mnie co to jest i dlaczego to takie groźne...
Mnie temat również nie dotyczy w sensie dosłownym. Telewizja mogłaby dla mnie nie istnieć, komputera (z wyjątkiem ostatnio tego blogu i kilku forów tematycznych) mam serdecznie dość po pracy i szukam wytchnienia gdzie indziej. Centrów handlowych nie lubię, muzyką się nie zagłuszam, opinia innych ludzi też z reguły mało mnie obchodzi poza najbliższymi (w sensie uzależnienia "co ludzie powiedzą"). Ale i tak staram się słuchać, co Bóg do mnie mówi.
Ja faktycznie mam problem z koncentracją od kilku lat. Nie umiem pracować i rozmawiać z kimś jednocześnie, czytać i słuchać muzyki, modlić się w hałasie... To prawda. Ale On wie, jaki jestem i czasem największe objawienia dostaję poza "normatywnym" czasem modlitwy. Jak dziecko specjalnej troski, któremu na lekcji nie trafia, ale kilka słów rzuconych na przerwie czy w drodze do szkoły otwiera oczy.
Jakiś czas temu bardzo się modliłem o powodzenie pewnego mojego planu. Przekonywałem do niego Boga, tłumaczyłem, spierałem się... pewnie każdy z nas ma czasem to coś, na czym mu bardzo zależy. W końcu jakoś tam dostałem Jego aprobatę.
Po kilku miesiącach nadszedł trudny czas. Spiętrzyło się sporo problemów, mnie skończył się optymizm... Poszedłem na adorację. I tak narzekałem, że ciężko, że nic mi nie wychodzi, że ten krzyż trochę przyciężki... Długo trwałem zatopiony w takiej modlitwie. I cisza. Żadnego odzewu. Wyszedłem smutny i przygnębiony. A potem...
Ja często po porannej mszy lub modlitwie na basen chodzę. Lubię pływać. No i mało się wtedy nie utopiłem, kiedy po kilku okrążeniach dotarła do mnie Jego odpowiedź: "No, przecież sam chciałeś..."
Żaliła mi się wczoraj moja Dziewczyna, że przegapiła rekolekcje, na których jej zależało. Nie te parafialne, ale w innym kościele. Na parafialne pewnie się załapie, ale to nie to samo.
Ja nie widzę nic złego w wybieraniu sobie kościoła, wspólnoty, miejsca i czasu modlitwy takiego, jakie nam pasuje, jakie ułatwia skupienie i zrozumienie. Sam, jak wspominałem, chadzam najchętniej na msze młodzieżowe bo ksiądz mówi dość uniwersalnie a ja wolę tę oprawę muzyczną, klimat, itd. Znalazłem nawet niedawno taki poradnik: "Przewodnik dla zniechęconych", gdzie wręcz zaleca się takie podejście. W końcu i do wieczornego pacierza się człowiek przygotowuje, sprząta miejsce modlitwy, uprząta myśli, itd. Więc dlaczego nie kościół?
Ale trzeba też pamiętać, że Bóg sam znajdzie do nas drogę. Moje całe życie jest jednym wielkim świadectwem tego, że jak diabeł nie może to babę pośle, ale jak chce to mnie dopadnie. :-D Bóg, znaczy, diabeł jest w przysłowiu. Nawet na "nie tej" mszy, nie tych wybranych rekolekcjach, na basenie, w łóżku przed zaśnięciem... dla Niego nie ma granic.
A co dla mnie z dzisiejszych rekolekcji? Znowu czytania poza porządkiem liturgicznym: 1Sm 17,32-33.37.40-51. I znowu o rudym. :) Mnie, w kontekście ostatnio czytanych na forum Wiara dyskusji o Koranie i Piśmie Świętym nasunęła się taka refleksja:
Pomijając aspekt metaforyczny tego czytania, że Boża moc działa tam, gdzie człowiek nie jest w stanie, jest też aspekt historyczny. Nie ma w sumie większego znaczenia, czy Goliat jest postacią historyczną, czy nie, ale faktem pozostaje, że tamte czasy były dość krwawe i niejedną potyczkę stoczyli Izraelici jako naród i poszczególni wodzowie i ludzie. I Bóg nie raz obiecuje, że wrogów zetrze na proch - i całkiem dosłownie tak czyni. A przecież jest "Nie zabijaj."
I tak sobie myślę, że jak człowiek się zmienia, jak "czasy się zmieniają" (co według ojca rekolekcjnisty jest wielkim złem), tak Bóg się zmienia. A raczej może nie tyle On, ile Jego podejście do nas? A co z Mt19,8? "Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony" A teraz Ja wam nie pozwalam. Kiedyś pomagałem wam zabijać wrogów, a teraz mówię "Nie zabijaj."
Nie jest to zniesienie Prawa, zmienianie, podążanie za ludzkimi słabościami, prawda? Tu raczej mamy przykłady podnoszenia poprzeczki. Co w niczym nie zmienia faktu, że Bóg przyjmuje do wiadomości, że Jego stworzenie się rozwija, myśli i zmienia. I On to rozumie. A ja? Ja chciałbym więcej tego zrozumienia w Kościele. W nas samych.
Mnie temat również nie dotyczy w sensie dosłownym. Telewizja mogłaby dla mnie nie istnieć, komputera (z wyjątkiem ostatnio tego blogu i kilku forów tematycznych) mam serdecznie dość po pracy i szukam wytchnienia gdzie indziej. Centrów handlowych nie lubię, muzyką się nie zagłuszam, opinia innych ludzi też z reguły mało mnie obchodzi poza najbliższymi (w sensie uzależnienia "co ludzie powiedzą"). Ale i tak staram się słuchać, co Bóg do mnie mówi.
Ja faktycznie mam problem z koncentracją od kilku lat. Nie umiem pracować i rozmawiać z kimś jednocześnie, czytać i słuchać muzyki, modlić się w hałasie... To prawda. Ale On wie, jaki jestem i czasem największe objawienia dostaję poza "normatywnym" czasem modlitwy. Jak dziecko specjalnej troski, któremu na lekcji nie trafia, ale kilka słów rzuconych na przerwie czy w drodze do szkoły otwiera oczy.
Jakiś czas temu bardzo się modliłem o powodzenie pewnego mojego planu. Przekonywałem do niego Boga, tłumaczyłem, spierałem się... pewnie każdy z nas ma czasem to coś, na czym mu bardzo zależy. W końcu jakoś tam dostałem Jego aprobatę.
Po kilku miesiącach nadszedł trudny czas. Spiętrzyło się sporo problemów, mnie skończył się optymizm... Poszedłem na adorację. I tak narzekałem, że ciężko, że nic mi nie wychodzi, że ten krzyż trochę przyciężki... Długo trwałem zatopiony w takiej modlitwie. I cisza. Żadnego odzewu. Wyszedłem smutny i przygnębiony. A potem...
Ja często po porannej mszy lub modlitwie na basen chodzę. Lubię pływać. No i mało się wtedy nie utopiłem, kiedy po kilku okrążeniach dotarła do mnie Jego odpowiedź: "No, przecież sam chciałeś..."
Żaliła mi się wczoraj moja Dziewczyna, że przegapiła rekolekcje, na których jej zależało. Nie te parafialne, ale w innym kościele. Na parafialne pewnie się załapie, ale to nie to samo.
Ja nie widzę nic złego w wybieraniu sobie kościoła, wspólnoty, miejsca i czasu modlitwy takiego, jakie nam pasuje, jakie ułatwia skupienie i zrozumienie. Sam, jak wspominałem, chadzam najchętniej na msze młodzieżowe bo ksiądz mówi dość uniwersalnie a ja wolę tę oprawę muzyczną, klimat, itd. Znalazłem nawet niedawno taki poradnik: "Przewodnik dla zniechęconych", gdzie wręcz zaleca się takie podejście. W końcu i do wieczornego pacierza się człowiek przygotowuje, sprząta miejsce modlitwy, uprząta myśli, itd. Więc dlaczego nie kościół?
Ale trzeba też pamiętać, że Bóg sam znajdzie do nas drogę. Moje całe życie jest jednym wielkim świadectwem tego, że jak diabeł nie może to babę pośle, ale jak chce to mnie dopadnie. :-D Bóg, znaczy, diabeł jest w przysłowiu. Nawet na "nie tej" mszy, nie tych wybranych rekolekcjach, na basenie, w łóżku przed zaśnięciem... dla Niego nie ma granic.
A co dla mnie z dzisiejszych rekolekcji? Znowu czytania poza porządkiem liturgicznym: 1Sm 17,32-33.37.40-51. I znowu o rudym. :) Mnie, w kontekście ostatnio czytanych na forum Wiara dyskusji o Koranie i Piśmie Świętym nasunęła się taka refleksja:
Pomijając aspekt metaforyczny tego czytania, że Boża moc działa tam, gdzie człowiek nie jest w stanie, jest też aspekt historyczny. Nie ma w sumie większego znaczenia, czy Goliat jest postacią historyczną, czy nie, ale faktem pozostaje, że tamte czasy były dość krwawe i niejedną potyczkę stoczyli Izraelici jako naród i poszczególni wodzowie i ludzie. I Bóg nie raz obiecuje, że wrogów zetrze na proch - i całkiem dosłownie tak czyni. A przecież jest "Nie zabijaj."
I tak sobie myślę, że jak człowiek się zmienia, jak "czasy się zmieniają" (co według ojca rekolekcjnisty jest wielkim złem), tak Bóg się zmienia. A raczej może nie tyle On, ile Jego podejście do nas? A co z Mt19,8? "Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony" A teraz Ja wam nie pozwalam. Kiedyś pomagałem wam zabijać wrogów, a teraz mówię "Nie zabijaj."
Nie jest to zniesienie Prawa, zmienianie, podążanie za ludzkimi słabościami, prawda? Tu raczej mamy przykłady podnoszenia poprzeczki. Co w niczym nie zmienia faktu, że Bóg przyjmuje do wiadomości, że Jego stworzenie się rozwija, myśli i zmienia. I On to rozumie. A ja? Ja chciałbym więcej tego zrozumienia w Kościele. W nas samych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

