niedziela, 15 sierpnia 2010

Stary i młody diabeł

Przeczytałem wreszcie i prawdę mówiąc nie zrobiła na mnie książeczka większego wrażenia. Ot, taka zabawka intelektualna... bez szczególnego intelektu. Prościutka i właściwie oczywista dla każdego wierzącego. Może, gdybym ją poznał 20 lat temu?

Ale jeden, jedyny rozdział zrobił na mnie wrażenie. Przytoczę dwa najważniejsze fragmenty:

Niepowodzenie jako takie nie doprowadza do gniewu, jednak niepowodzenie pojęte jako krzywda - wywoła go niezawodnie. Znaczenie zaś krzywdy polega na odczuciu, że zaprzeczono słusznemu uprawnieniu. Dlatego im więcej wymagań od życia zdołasz wszczepić Twojemu pacjentowi, tym bardziej będzie się czuł pokrzywdzony, a w rezultacie źle usposobiony.


Pozwól mu żywić przekonanie, iż rozpoczyna każdy dzień jako pełnoprawny posiadacz dwudziestu czterech godzin. Tę część swego czasu, którą odstępuje swym chlebodawcom, niech uważa za uciążliwą daninę, chwile zaś przeznaczone na obowiązki religijne za daninę wspaniałomyślną. Nie pozwól mu przy tym nigdy powątpiewać, że całość, z której dokonano owych potrąceń, była, w jakimś bliżej nieokreślonym sensie, jego przyrodzoną własnością.


Tak, dla mnie to faktycznie odkrywcze. Bo ja z tego pokolenia co jakoś tak automatycznie ustawia się na pozycji bojownika o prawa człowieka. To, że człowiek ma prawo do wolności sumienia, do informacji, do godnego traktowania, do tysiąca innych rzeczy - jest dla mnie oczywiste. Prawo do życia.

A przytoczone wyżej słowa każą się zastanowić. Czy rzeczywiście jest to dobra postawa? Czy my w naszych czasach nie za daleko idziemy w tych prawach? Prawo do pracy, prawo do odpoczynku, prawo do rozrywki, prawo do szczęścia... Można tak w nieskończoność. Ale właśnie, czy to nie rodzi w nas głębszych frustracji?

Nie jestem historykiem ani socjologiem ale mam wrażenie, że społecznie zaczęło się to od marksizmu. Od walki o prawa mas pracujących. I trudno twierdzić że to niesłuszne, że wyzysk jest czymś dobrym. Oczywiście, że nie. Ale tu chodzi o naszą wewnętrzną postawę wobec życia, o moje własne oczekiwania. O to, że jakoś tak się to przekłada na osobiste roszczenia. Już nie wobec władzy czy pracodawcy, ale wobec życia, wobec Boga samego.

Przeciwieństwem byłoby przekonanie, że rodzimy się po to, by służyć. Też przegięcie. Ale może zdrowsze? Może w poprzednich wiekach, nie "skażonych" ideą praw człowieka, ludzie bywali szczęśliwsi? Ot tak, po prostu. Pogodzeni ze swoim życiem, nie pragnący więcej niż im przypadło w udziale? Chłop - to trzeba w polu robić, rzemieślnik - nauczyć się fachu, rycerz - walczyć i tyle. Wiadomo było co komu pisane, nikt depresji nie przeżywał, do psychologów nie chodził...

Może by tak znaleźć jakiś złoty środek. Bo przecież nie o to chodzi, aby nie próbować polepszyć swojego życia czy nie dążyć do szczęścia. Ale mieć świadomość, że mi się nic nie należy. Że fakt, iż kumplowi lepiej się powodzi w niczym nie zmienia mojego losu? Że każdy z nas ma swój krzyż i niekoniecznie musi go obnosić na widoku?

7 komentarzy:

  1. Zapewne chodzi o książkę Lewisa "Listy starego diabła do młodego". Też ją czytałem i myślę, że każdy powinien ją przynajmniej przejrzeć. Lewis świetnie pokazuje sposób działania zła na świecie i w człowieku.

    A taka postawa roszczeniowa rzeczywiście prowadzi jedynie do frustracji. Ma to znaczenie nie tylko w prawach, które wymieniłeś. Chodzi nawet o zwykłe pójście do urzędu: Wydaje nam się, że nam się należy szybka i miła obsługa. A kiedy spotykamy się z nieuprzejmością, od razu klniemy na wszystko wokół, bo my jesteśmy straszliwie poszkodowani. Nie pomyślimy, że pani zza okienka też ma życie osobiste i może wczoraj w jej życiu wydarzyła się jakaś tragedia czy coś takiego i nie potrafi być miła, kiedy przychodzi dziesiąty z kolei petent i pyta o coś, co można przeczytać na kartce wywieszonej na drzwiach wejściowych.

    Na pewno pomoże trochę zrozumienia dla innych i odrzucenie tego, że "mnie się należy". Ja już od dawna staram się to wprowadzać w życie i muszę powiedzieć, że działa. Człowiek nie irytuje się z byle powodu. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ostatnie wydarzenia w naszym kraju powinny być chyba dobrą szczepionką przeciwko wszelkiej "walce o prawa" do tego czy owego... Przychodzi powódź czy jakaś inna katastrofa i bęc! nie ma już dobytku, nie ma już tego wszystkiego o co tak walczyliśmy. Walka owszem, czasem jest naprawdę potrzebna - czasem. Jak np. Martin Luther King czy Mandela.
    Czy ja wiem czy dawniej nie było depresji? Już Biblia opisuje stany depresyjne (król Saul), a starożytni Grecy znali coś takiego jak "melancholia". Różne plemiona mają swoich szamanów, którzy leczą tak zwane "choroby z przestrachu" - nerwice. A przynajmniej tak było jeszcze w XX wieku.
    Dobrze mówił Kaznodzieja (Kohelet) - nie pytaj, dlaczego dawne czasy były lepsze, bo to nie jest mądre pytanie.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy16:47

    Mi się bardzo ta książka podobała i wcale nie uważam żeby była mało intelektualna. Raczej trzeba ją zrozumieć

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze napisane - nic nam się nie należy, to co mamy dostaliśmy za darmo. Dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam - również jako grzesznik, również wierzący, że Bóg jest większy od mojego grzechu i słabości.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wspominanej książki nie znam, ale w pełni się zgadzam. Dziękuję za komentarz u mnie i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. I dla mnie było to odkrywcze, bardzo dziękuję za ten wpis. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.